Ewa Chajęcka

 

***
tak by się chciało napisać 
o burzy
o kochaniu się w deszczu
ale przecież
aztecki bóg słońca
nie żyje już od dawna
a może nawet 
nie był to on
tylko zwyczajny oszust
który przywłaszczył sobie jego strój






***
tylko sen
majaki wieczne
wynaturzone twarze
i kopulacje na trawie
po nocy - nicość
i ucieczki wieczne 
w mrok






***
chyłkiem pod murem przebiegł kot
ptak przeleciał nad domem
kobieta czekała na gest
burza odeszła od serca drzwi
został strach towarzysz wieczny

znów lunął deszcz




***
różana głębia
kwiatu
mówi o śmierci
czas przeobrażeń
ziemia
milczy od lat
po to tylko
żeby przebudzić nas
wodą 
wstrząsem 
albo wichrem 

 




***
za oknem powiesił się dzień
ponury i mglisty
na parapecie uschły kwiaty
a ja 
zdegradowana do roli człowieka
leżę bezsennie na fotelu
i tylko czekam
ale już chyba nie na przebudzenie

 

 


***
myślałam że już
nie potrafię pisać
po przekroczeniu tej granicy
wokół cisza
noc w pełni
i pan srebrny
świeci wprost w oczy 
już po drugiej
umysł przebudzony
może trzeba
przywołać duchy
sen nie chce powrócić
w tę noc 







***
stoi na łące bocian
na jednej nodze
i ja stoję
i chociaż na dwóch nogach
o wiele mniej pewnie
niż on

 

 




***
ja nie potrzebuję domu
on
jest ciągle we mnie
wśród mokrych drzew
i w kurzu drogi
wyjmuję go z plecaka 
kiedy tylko zechcę
ale to zdarza się rzadko
najczęściej 
chowam się w siebie
zostawiam tylko oczy
i patrzę
może zauważę kolejny świst
nim minie sen
któryś tam z kolei

 

 



***
na miedzy zając
stoi słupka
i patrzy
mysz przebiegła obok
pachnie mokra trawa
jest chłodno
J E S T E M


 

 


***
mróz pomalował szyby
w kwiaty
zimno ściska kleszczami
jest srebrno
piszę list -
duszą białą od mrozu

 

 




***
w tym pokoju
siedzę
wydrążona
pusta
bez łez
bez uśmiechu
bez serca
nie potrafię taka
wyjść na zewnątrz 
czekam na przebudzenie 

 

 


***
I znów budzisz się z obłędu
wynurzasz się na chwilę z otchłani
gonisz kolejny pociąg jadący do nieba
lęk zawładnął twoją dumą
z na wpół otwartych oczu wyziera szaleństwo
I ta myśl
że musisz
znowu musisz otworzyć bramy kolorowej śmierci

 

 



***
tak
idę po drabinie 
wciąż w górę
choć
szczeble łamią się z trzaskiem
ktoś łapie mnie za kurtkę
- dokąd idziesz - pyta
idę umrzeć
odpowiadam i idę dalej
znów idę
sama

 

 



"Sen robotnika"
Jestem dyktatorem
skurwiałym córkom dygnitarzy
obiecuję futra ze srebrnych lisów
na luksusowych łóżkach
podczas lekcji kopulowania
...
mieszkam w jednym pokoju
z wylniałym kotem
i kobietą
zużytą jak prezerwatywa

 

 

 


***
JASNOŚĆ
czy tylko odblask świtu
SŁOŃCE
czy tylko wspomnienie światła
PUSTYNIA
Pragnienie oazy.

 

 



***
Serce jelenia
Oczekuje spokoju
Błysku wody
Rozkoszy wodopoju
Wrzosowisk
O świcie


 

 


***
Ciemność za oknem
I ciemność we mnie
Pustka
Pustka
Kamienny mur
Ściana
ściana...?
Po prostu
cholera
cmentarz

 

 

 

 


 

 

Tamtej nocy świecił księżyc
Pamiętam dobrze
A oni chodzili dookoła 
kamiennego kręgu
Unosząc ręce do góry 


List do umarłego



Nie wiem jak ani dlaczego tak się stało, ale od tamtego dnia czas stanął w miejscu. Mój czas. Na pozór wszystko jest tak samo. Wykonuję te same czynności, gesty, patrzę na ten sam jałowiec rosnący tuż pod oknem. Wstaję rano i ze zdziwieniem uświadamiam sobie po raz kolejny, że ciebie nie ma. Dick, twój przyjaciel, którego sprowadziłeś do naszego domu w pewne deszczowe lato - ciągle mieszka ze mną. Zakochał się w tym domu tak samo jak ja. Mimo to wokół jest pusto i cicho. W ciągu dnia mijamy się dziwnie obojętnie, patrząc na siebie niepewnie, czasem zupełnie unikając wzroku. Wieczorami siedzimy w pokoju na górze. Nie przeszkadza mi jego obecność, czasem wydaje mi się, że tak powinno być. Potrzebuje jego imienia. Buki wokół domu powoli tracą liście, na wrzosowiskach lśnią rankami krople rosy jak rozsypane perły, a lasy toną we mgle. Kiedyś powiedziałeś mi, że we mgle czai się coś niewyjaśnionego, coś co budzi w tobie lęk, ale jednocześnie cię przyciąga, kusi wabi jak rozwiązła kobieta, do której czuje się wstręt, a jednak się do niej idzie. I szedłeś do mgły, leżąc w łóżku widziałam, jak powoli cię w siebie wchłania. I pochłonięta tym widokiem zapadłam w sen, z którego nagle budziłam się przestraszona, biegłam na dół a ty już tam byłeś i śmiałeś się z mojego lęku.
Byłeś silny i pewny tej swojej siły, pewny swojego istnienia. Właśnie tacy znikają nagle i bez uprzedzenia. A mnie czasem tego brakowało. Ty się czasem bawiłeś życiem i chyba nigdy nie brałeś go na serio. Mówiłeś czasem, że ten, kto się boi, już przegrał. To dlatego zapewniałam Dicka, że nic mi nie jest, kiedy wróciliśmy z cmentarza pełnego starych drzew i niewyjaśnionych zamyśleń, które każdego, kto się tam znajdzie biorą w swoje objęcia tak szybko, że nawet tego nie zauważa. Ale ja się przecież nie bałam. Czekałam na te chwilę, kiedy otworzysz drzwi, wejdziesz do pokoju i położysz się przy mnie. Dopiero potem uświadomiłam sobie, że n i g d y tego już nie zrobisz, że ciebie nie ma, że twoje ręce są zimne jak cmentarny marmur. Ogarnął mnie chłód. I lęk. Ale przecież... miałabym się bać ciebie? To śmieszne. Pamiętam jedno - w pierwszym momencie, podczas ceremonii poczułam nagle ostre, dojmujące uczucie paniki. Trwało tylko moment. Siłą woli przywołałam się do porządku, udało mi się opanować.
Tamtej nocy nie spałam. Doczekałam świtu. Myślę, ze Dick także nie zasnął. Przez okno sypialni patrzyłam na gwiazdy. Księżyc był w pełni, wisiał na niebie jak wielka latarnia, zimny i całkowicie obojętny na losy tych, którzy mu się przypatrywali z dołu. Ja też by lam dziwnie obojętna, zauważyłam, że nie płaczę, że nie mogę płakać, nie uroniłam ani jednej łzy. Leżałam w ciemnościach, moje wnętrze było puste. Świt wstał jak zawsze, mgła i rosa były na swoich miejscach. Dick przywitał mnie uśmiechem i to tez było jak zawsze. Swoją drogą zawsze uważałam, że on lepiej pasuje do tego domu niż ty czy ja. W jego ciemnych oczach czai się posępna sieć dawnych epok, rycerzy i wojowników. Długie, czarne włosy upodabniają go do Lancelota z celtyckich legend. Do tego jeszcze ubiera się na czarno. Jak ja. Ty byłeś jego zupełnym przeciwieństwem., lubiłeś tylko jasne barwy, zawsze rozbawiony i beztroski. Dick jest milczący, ale jego obecność jest wyczuwalna. Czasem zadawałam sobie pytanie, jak mogliście się przyjaźnić ze sobą skoro byliście tak bardzo różni? Twoja twarz zaciera się w mojej wyobraźni, ale na każdym kroku spotykam ciebie. To szklanka, z której piłeś, fotel, w którym siedziałeś o zmierzchu, książka, której nie doczytałeś do końca. Teraz, kiedy cię nie ma, zdałam sobie sprawę, że coś między nami było nie tak. Trudno mi to sobie teraz wyobrazić, ale zrozumiałam, że nigdy nie byłam na ciebie otwarta bezgranicznie i bez reszty. Zawsze zostawiałam sobie cząstkę "ja", która trwała niewzruszona na tym miejscu wyznaczonym przeze mnie i nigdy nie pozwoliłam jej ulec. Bałam się żebyś nie miał nade mną władzy. Utrata niezależności - to oznaczałoby dla mnie śmierć. To ja byłam tą stroną, która mniej kocha, która raczej zachowuje zimna krew. A przecież podobno ten jest zwycięzcą, kto potrafi się unicestwić, otworzyć, kto traci wszystkie siły. Jeżeli to prawda - myślę, że przegrałam chociaż nie czuję się przegrana. Milczenie ogarnęło ten dom z ogromną, przerażającą siłą. A my się w nim rozpływamy. Nie musimy rozmawiać, słowa nie są nam potrzebne. Z tobą, którego nie odczuwałam, nie potrafiliśmy porozumiewać się milczeniem. Kiedy milczałeś, odnosiłam wrażenie, że cię tu nie ma, że nie myślisz o mnie, ze dotykasz mnie odruchowo jak psa, czułam się niepotrzebnym rekwizytem, cisza była czymś kłopotliwym. Dick nie mówi, nie musi nic mówić, wystarczy, że na mnie popatrzy. Czasem myślę, że gdyby się pokaleczył, ja również odczuwałabym ból. Ta empatia, to współodczuwanie jest czymś wyjątkowym, czego do tej pory nigdy jeszcze nie przeżywałam.
Jest późny wieczór, właściwie noc, cisza objęła mnie w swoje posiadanie. Wczorajszego dnia ani razu o tobie nie pomyślałam. Jesteś jak sen. Był, ale nie sposób go powtórzyć, prześnić jeszcze raz, każdy sen jest inny, więc trzeba o nim zapomnieć. A jednak są chwile, kiedy rozpaczliwie mi cię brakuje, twoich rąk i głosu, twojej obecności. Pamiętam pierwszą noc w tym domu. Była burza, która kołysała naszymi myślami, wizje ocierały się o siebie jak lwy, cały dom szeleścił, gdzieś z ogrodu dobiegał krzyk ptaka... ranek wstał rześki, wymyty i pachnący deszczem. Nad lasem lśniła tęcza. Powiedziałeś wtedy do mnie, ta tęcza to dobry znak. Dobry? A może szczęście nie powinno trwać za długo? Powszednieje wtedy i przestaje nim być. Może w tym wszystkim chodzi tylko o ulotność chwili, o umiejętność jej przeżywania, przeżycia a nie zatrzymania.
Pogoda nadal jest piękna. Wieczorami i o świcie mgła tańczy w dolinach, czasem o brzasku biegnę na wrzosowiska i chwytam w dłonie krople rosy. Jak perły. A one zaraz wymykają mi się z rąk i spadają na ziemię. Dick obserwuje mnie przez okno, jestem tego pewna. A z resztą nawet jeśli tego nie robi, zachowuję się tak, jakby stał za najbliższym drzewem i na mnie patrzył. Czuję się dobrze. Ból umiejscowił się gdzieś w środku. Czasem dławi mnie tak, że aż ciemnieje w oczach, ale przywołuję się do porządku. Przecież to kłamstwo. To ni rozpacz nad tobą, że nie ujrzysz już słońca, nie zapatrzysz się w niebo o północy. To rozpacz nad sobą, że jestem sama, że odszedłeś i niewiele się przejmujesz, że ja tu zostałam. Myślę o tym i ogarnia mnie zdziwienie, że to takie proste - być i nagle zniknąć. Jak mgła.
Wieją północne wiatry. Zawsze miało być słońce a tu tylko ciemność. Świat wokół mnie zmienia kształty, daje się formować jakby był tylko plasteliną, niczym więcej. Moje myśli krążą po nieznanych orbitach umysłu. To wszystko stało się jakieś inne, uproszczone, bardziej pojęte, jakby już kiedyś było, łatwo przyswajalne, sprawia coraz mniej bólu. Czasem milczenie podpełza niebezpiecznie blisko, samotność ogarnia lodowatym oddechem i staje się nie do wytrzymania. Wtedy chcę krzyczeć z bólu, z rozpaczy za czymś co zostało mi odebrane. Ale zamiast tego milczę, przymykam oczy, żeby Dick, jeżeli akurat jest w pobliżu - nie zauważył odbicia bólu w moich źrenicach. Podchodzi do mnie i dotyka lekko. On zawsze wie, zawsze rozumie, zawsze czuje. Nie musi, nie potrzebuje pytać. Wtedy zaczynam się czuć dziwnie spokojnie i bezpiecznie. 
Wrzosowiska są moim jedynym obrazem, który stał się częścią mojej osobowości. Moim, mojej. To tylko słowa, umowne znaczenie, jakie się odczytuje z ich dźwięku. Bo przecież mnie już prawie nie ma. Rozpłynęłam się w nieświadomości. Czym jest to, co tak nas wchłania w siebie, każe tym żyć i poświęcać się temu? Jak to nazwać, jak określić? Czy to uczucie, emocja, czy po prostu siła życia?
Nic nie czuję, nie wiem czy to obojętność, czy umiejętność życia. Ale jeżeli jest to sposób na życie, to poszłam złą drogą. Kiedy zorientowałam się, że nie potrafię płakać, to straciłam tę umiejętność - ogarnął mnie strach, wręcz panika. Ale nie sposób wracać, już za późno.
Czułam w sobie tę moc, dziwne przeczucie, że cos się zdarzy. Siedzieliśmy w pokoju na dole, którego okna wychodzą na ogród, zarośnięty, tajemniczy ogród, do którego przylatuje o północy biała sowa. Zapadał zmierzch, deszcz spadł nagle, jak strach w pustym domu spada na ramiona samotnego wędrowca. Siedzieliśmy obok siebie. Nagle poczułam jak Dick dotyka mojej dłoni końcami palców, tak jak to robił przedtem, ale jakoś inaczej. Po raz pierwszy naszło mnie uczucie, że chcę to robić, że on nie jest dla mnie bezosobową postacią, istotą bez twarzy. Był Dickiem. I to jego dotykałam, a nie kogoś innego. To mnie zaskoczyło, cofnęłam dłoń. Nie było nikogo tylko on i ja. I tego się przestraszyłam. Bo nie było ciebie. Tak, jakbyś nigdy nie istniał. Byłam tylko ja i on. My. Magiczne słowo. W tym słowie jest cały spazm rozkoszy i samotności, niemożność przeniknięcia się do końca bo tego człowiek nigdy nie potrafił i nie nauczy się do końca świata, wszystkie nadzieje i słowa, spojrzenia i gesty, rozpacz i ból odejścia od siebie i powrót. My.
Bo naprawdę w tym wszystkim chodzi tylko o ulotność chwil, o umiejętność jej przeżycia a nie zatrzymania.

 

....część 2

KU STRONOM STRYCHOWYM