|
25
lipca 2008
Za
2 godziny jadę z Beti na warsztat Wojciecha . Właściwie dzięki niej tam
jadę . Sam bym już chyba się nie zdobył na samodzielną próbę dotarcia na
odległe miejsce do którego nie ma bezpośredniego dojazdu... No i dzięki Wojciechowi,
który zamieścił moje zapytanie w swoim poście. /.../ I tym razem ...
po latach ... Warsztat w sam raz
... z tematem ... ODBUDOWYWANIE RUIN... Właściwy, bo ledwo
trzymam się na nogach. Do tego migrena ... koszmarny huk młotów
pneumatycznych w ruinach dawnego POLAMu tuż obok - trwa już od ponad miesiąca chyba i
nie wiadomo czy nie będzie trwa jeszcze z pół roku sądzą po postępach robót,
do tego remont dachu w mojej kamienicy. Niestety znów konstrukcja będzie taka
sama , a na dachu papa. I jeszcze huk klimatyzatorów w banku naprzeciw. Stały,
nieusuwalny, nieprzezwyciężalny /.../ Adrianna z Elą i dziewczynami nad
morzem. Mają się dobrze, choć tam drogo. Ja zaś jadę do Rosalienhof.
Program ułożony jakby tak, bym mógł się pozbierać. Miał czas na wewnętrzną
rekonstrukcję nim Miasto znowu to zniszczy. Ja zaś wyjątkowo nie wiem, czy
sam czego sobą w takim stanie nie popsuję. /.../ W tym tygodniu już nie dałem
rady wysłać kolejnych aplikacji. Utrata wiary w sens Ewidentnie jestem
rozbity. Noszę się z myślą by wyjazd ten rozciągnąć max ... pojechać
jeszcze w góry, może w Kotlinę Kłodzką, patrząc na mapę..
Minie jednak kilka dni ... nim w ogóle zbiorę siły operacyjne. Teraz zdaje się
słabo trzymam się na nogach. Nikczemne zachowanie się IKEA Targówek nie daje spokoju. I tak łatwo
im w tym marnym świecie to poszło. Zatopieni w piramidalnych intrygach,
tak pewni swego .... Jak łatwo przyszło IM (owym
p. Aniołom z "Alternatywy 4") zacienić znów swoje podłe geszefty
kosztem firmy i przede wszystkim młodych pracowników . Inna sprawa że i najwyższe
kierownictwo sprawia wrażenie zupełnie oślepionego fikcyjnymi iluzjami...
oderwania od tego co jest. I każdy z nich udaje że jest OK. OK... jednak nie
jest /.../
Do
wczoraj paskudna pogoda. Ale dziś już piękne słońce. Trochę pogody jest
potrzebne... by warsztat z programem jak w Pniewie podczas mojego ostatniego
pobytu jednak się udał. Jakkolwiek. /.../ Poprzez Cezarego Gresia Staszek
Studziński przesyła swój kolejny tekst... niezły, ale jak na mój gust zbyt
dużo obsceny. Niepotrzebnie. Dobrze jednak że pisze, bo pisze dobrze... /.../ Skończyłem książkę Buchheima „OKRĘT”.
Tak po prostu ... z przyczyny posiadania na to czasu. Film o niebo dla mnie
lepszy.. Książka ... trzyma nisko.. Wybawieniem był tu Prien.. niestety tylko
na jeden wieczór /.../ Czasami chodzę po mieście , bez celu... rutyna ... netcafe... ogłoszenia
o pracę, Galeria , poczta e-mail. ... a potem ten „mój” kwartał.
Efektem tylko zmęczenie, ale zasiedzieć się tak po prostu nie można.
/.../ Być tak wydrążony /.../ Jednak poruszam się coraz wolniej... Przyjąłem
do wiadomości... że wiele się jeszcze może nie udać. Same pakowanie zajęło
mi cały dzień... ... a i tak mam poczucie... że w każdej chwili i ten wyjazd
może się rozsypać jak piasek między palcami. /.../ tylko sygnały w mgle tej
dają jeszcze promień nadziei... tel. od Eli znad morza, pamięć Staszka,
zborność Beti , czy same wielkie wyjście naprzeciw Wojciecha , bo temat
zaplanowanego od miesięcy Warsztatu jakby się uzgodnił z ... moimi
wydarzeniami. Obym tylko umiał z tego skorzystać... chwilami zdaje się
nie mam w to wiary... że uda mi się jeszcze podnieść. I ze jest w tym sens.
Jak zwykle ... samemu... wyciągając się za głowę.
25
lipca 2008
Wyjazd
z Beti ... Dotarcie do Katowic. Kolacja w domu matki Beti. Rozmowa z nią o
kursie astrologicznym WJ w którym bierze udział. Podkreślenie że silną
stroną Wojciecha jest jego zdrowy rozsądek w operowaniu na gruncie astrologii.
Nie popadanie w fantasmagorie. Wróży niech każdy sobie sam, jeśli już
chce.

26
lipca 2008
Dojazd
do folwarku Rosalienhof... Wojciech i Adam na miejscu... rozbijanie namiotu...
przygotowanie I łaźni potów ... Tematy... Z czasem dojeżdżają
pozostali.
27
lipca 2008
Śniadanie
- i kopanie grobów na polu nad stawem . Przygotowywanie grobów ...
Wieczorem ... wchodzenie do tych „wozów nieświadomości” ...
Trudności z utrzymaniem koncentracji uwagi na tematach ... Rozmowie W środowisku
Ziemi... Pomaga mówienie lekko półgłosem... Za radą Wojciecha
28
lipca 2008
Po
śniadaniu ćwiczenie marszu transowego w lesie... Dobre ćwiczenie do długich
wędrówek po równym terenie... znacznie obniża udczuwanie zmęczenia. Odsuwa
uwagę poza bieżącą pracę ciała. Wieczorem ... przygotowywanie do II Łaźni
Potów ... Nowe intencje
29
lipca 2008
[
Pisane na miejscu ] Rosalienhof ... jak mówi Wojciech . W tej chwili wygląda
to bardziej na zaburzańską Rozalię, co najwyżej. Z dawnego , pełnego świetności
obiektu pozostało znacznie mniej niż ruiny, raczej zgliszcza. W większości
pozostały tylko fundamenty i kryjące się w okolicznych lasach egzemplarze dość
egzotycznych drzew czy dębowych zasadzeń. Osobliwym jest to, że w kongresowej
Warszawie reanimuje się prawie od podstaw Pałac Saski, a na zachód od linii
odwiecznej granicy z Niemcami... można spodziewać się tylko szabru. I jakiejś
atawistycznego poczucia ... by nie został kamień na kamieniu z dawnej świetności.
Cóż... tutejsze dylematy... może pożytkiem jest to że wśród takiego stanu
Ducha - człowieczej rozpierduchy ... zwycięsko wychodzi sama przyroda. I to
jest może pociecha. Ostatecznie Niemcy tez przesadzili z tą swoją industrią.
Czeka więc na nich to... czego nie mają ... by odzyskali swe dusze.
Przynajmniej tyle. Jeszcze niedawno szabrowano stąd cegłę. Jeszcze niedawno
kolejną część zabudowań strawił „przypadkowy” pożar. Nie ma
winnych... Strach pomyśleć co by tu było, gdyby cześć przynajmniej z pomysłów
Adama wypaliła. ... i coś zaczęło się odradzać... Teraz w te luki po
cywilizacji śpiesznie wchodzi przyroda . Błyskawicznie. Zarasta to, co nie
jest na tutejszych, obecnych miarę. Słuszna uwaga Wojciecha. I oni to wiedzą.
Miejscami jest tu pięknie. /.../ Słońce na żyletę ... od chwili przyjazdu.
Leżę obok rozbitego namiotu i piszę . /.../ Wyjazd z Beti. ... o 13.00
/.../ Miasto zdaje się nas przytłaczać. Mnie prawie wykończyło do
szczętu. Ale i Beti jest tam inna. Zdaje się że ją tam jakoś wzmacnia i
jednocześnie eksploatuje. Podobnie jak mnie gdy miałem jeszcze pracę. Teraz
wszystko się zmienia. /.../ Po drodze tuż przed Katowicami jeszcze
gigantyczna burza... o prostu jakby ktoś z węża strażackiego walił wodę
prosto w szyby . Beti dobrze prowadzi. Potem już w TV powiedziało że było to
prawdziwe oberwanie chmury które mocno podtopiło miasto. Niepokojąco to trochę
wyglądało zważywszy że Warsztat miał być tym razem ... pod namiotami.
Jedna z wielkich ulew ... jakie w te dni przetaczają nad podkarpaciem siejąc
zagrożenie powodziowe. ... Jeszcze padało gdy dotarliśmy do domu Beti.. Bliźniak
w otoczeniu bujnej zieleni. W środku Katowic... Zaskoczyła mnie ilość
zielonych skwerów w tym mieście. Stereotyp jest taki e szyby kopalniane
powinny wyrastać między domami. /.../ 26-go rano zebraliśmy się i w drogę.
Kierunek na Kluczbork. Zaskakująca serdeczność okolicznych mieszkańców.
Pogoda już na żyletę. Lekko tylko błądząc szybko jednak dotarliśmy na
miejsce. Czy to to ? Byłem zdziwiony po prostu prawie pustym placem z
fragmentami tylko dawnej zabudowy. Całość z lekka przerażała bezgraniczną
pustka. Ostateczne ruiny , a nie romantyczne ikony dawnej świetności. Był już
na miejscu i Wojciech i Adam Urlych - gospodarz miejsca. Adam choć w części
będzie chciał to odrestaurować. Zadanie iście tytaniczne. Jeśli ma to iść
drogą naturalną ... jak Prezesa na Chmielu ... to byłby to 2 taki przypadek
jaki znam. Okazało się że Adam Prezesa zna. Zaskakujące są ścieżki, którymi
wiedzie nas Los. Może tak być, lub może to podzielić
los Wańka Działu ... zapału, który wyczerpie się pośród
„okoliczności tutejszych” ... jak postawić coś rozbierając coś...
Tak powstała ramada. Pod którą potem spożywaliśmy posiłki. Adam pracuje w
Niemczech... i sprawia wrażenie że wie co mówi. To daje nadzieję. /.../
Miejsce ogólnie przychylne. Gospodarz bardzo... Te ruiny z początku przygnębiające,
z czasem stały się nieistotnym tłem, którego nie ma. Otoczenie to
PGR-rowskie pola... Czas żniw. Kombajny kosiły do późna nocy całkiem
niedaleko. Ale kończyły przed poważniejszymi naszymi działaniami jak choćby
ta pierwsza nasza łaźnia potów pierwszego dnia. Z czasem zaczęli zjeżdżać
ludzie. Jest więc Adam, Wojciech, Beti, Ja, Adrian, Wojtek, Jacek, i 2 Piotrów.
Potem dojechał Andrzej z Anglii. Tak to wygląda. Po raz pierwszy od wielu,
wielu lat wykorzystuję swój namiot. Wciąż w znakomitym jest stanie, zdolny
znieść wiele. /.../ Pierwsza łaźnia potów ... przedstawienie się,
intencje ... Wszystko wychodzi dobrze... powoli wszyscy się zazębiamy
mimo zupełnie różnych doświadczeń i punktów odniesienia. Z początku
dostrzegalne były przede wszystkim różnice, a czasem jest lepiej. Adam wraz
ze swą rodziną gdzieś tam w tle opiekuje się nami żywiąc i dbając by
niczego nie brakło . Wojciechowi jak zwykle okoliczności zdają się sprzyjać.
Wychodzą więc kolejne działania. /.../ W tej pierwszej łaźni trafiłem
chyba po raz pierwszy na g. 12” szałasu potów, czyli na miejsce max
koncentracji wysokiej temp. I faktycznie ... myślałem że skonam. Wyraźnie
objawiało się również moje osłabienie wynikające pewnie z doświadczeń
ostatnich 2 miesięcy w mieście. Ciśnienie śródczaszkowe zdawało się
niebezpiecznie mi pulsować... znaczy to jak zwykle ... ciężką migrenę. ...
Ale odeszło. Jeszcze wczoraj czyli 26 -go objawiło się z gigantyczną siłą
podczas kopania "grobowców" w niezwykle ciężkim gruncie... W pewnej
chwili był STOP organizmu... po prostu nie dało się kopać lekko. Ciężka
ziemia pełna nieprawdopodobnie zwartej gliny... Tak ciężko jeszcze nigdy mi
się nie kopało. Energia zdawała się przeradzać w zdaje się złość
bezsilności... ta szybko przerodziłaby się we wściekłość i poczucie że
już ani jednego szpadla więcej i szlus. Myślałem że padnę , zemdleję ,
chwyciły mnie skurcze żołądka. , w głowie pulsowało.... byłem już
pewien... to ostateczny koniec ... Koniec drogi. ... musiałem wyjść od
tej pracy.. poszedłem do lasu. Uspokoiłem się... wróciłem, ale już nie kończyłem
... pozostała więc taka mała półka ziemna pod głowę. /.../ Dziś wiem że
mi to przeszło. , ale wczoraj była taka chwila że ... Już pierwsza łaźnia
była trudna... ciężka walka koncentrująca się tylko na przetrwaniu tej
wysokiej temperatury. Jednak udało mi się nie zrezygnować .... Wytrzymałem ,
ale tylko na krok przed ostatecznym omdleniem. ... Koniec był jak wybawienie.
Wyszedłem na czworaka. Ledwo przytomny. ... z przepisową formułą ...., a więc
jednak przytomny. Dłuższą chwilę dochodziłem do siebie. W tej ciemności
nocy nad stawem. ... nim udało się podnieść, a i tak wszystko zdawało się
tak rozchwiane. Doszedłem jednak do pomostu... Jest tu taki moczarowy staw, pełen
mułu i karpi. Za dnia dość odrażający, w taką noc po ciężkiej łaźni
jak wybawienie. Wtedy to wejście do wody i ten widok.... na powierzchnią
stawu pełnego rozgwieżdżonego nieba był przeżyciem prawie mistycznym.
Wspaniałym ... Tak było OK. O tej 24.00 w tej wodzie było tak
nieprawdopodobnie pięknie. Był o moment chyba progowy. Łaźnia tak gorącą
wiele przewartościowuje. Rzeczywiście pokazała mi obraz wielkiej wewnętrznej
słabości. Zdawałem się być bliski załamania. Dramatycznie /.../
Kolejna faza przełamanie nastąpiła wtedy, gdy stanąłem w prawie
wykopanym już grobie... i wiedziałem.. że już go nie dokończę, bez sięgania
w groźną dość nadenergię.. Po prostu stałem i dalej... było mi wszystko
jedno.. NIE ... i koniec. Jakaś wielka fala ostatecznej rezygnacji , wewnętrznego
spięcia... i
świadomości że koniec i tak jest nieuchronny więc wysiłek ten i tak nie ma
sensu. Koniec już nieodwoływalny ... Z takim przekonaniem wchodziłem tego
wieczora do tego dość jednak wygodnego grobu. FINITO... dalej i tak nie dam
rady. Koniec .... /.../ Sen nie nadchodził. Spać się nawet nie chciało. Była
b. Ciepło. Można było myśleć, choć myśli tak łatwo się rozbiegały,
rozpraszały, rozsypywały . Pomagała trochę recepta Wojciecha by wypowiadać
myśli półgłosem. Ale tak jak kąpiel w stawie była tym wybawieniem od
zejściowej depresji, tak i ten grób miał gdzieś wewnątrz swój przełom.
... Z czasem przychodziła pewna nadzieja. Trudno powiedzieć jaką droga ona
miałaby iść, jaką mieć podstawę. Ale jednak była... nie wszystko jeszcze
skończone /.../ Warto było przyjechać. Naprawdę warto, choćby ze względy
też na to słońce, które teraz nam towarzyszy. , otoczenie pól i lasów...
jak ze stron rodzinnych mojego ojca. ... Nie wiem co może znaczyć ten
niewytłumaczalny na zdrowy rozsądek promień nadziei , który pojawił się
wyraźnie podczas nocy w grobowcu... gdy już tak łatwo oddawałem pole bez
walki./.../ ... Ból głowy jednak minął bez prochów... Może więc jeszcze
raz ... raz jeszcze
/.../
Kolejnego dnia : Medytacje przy bębnie Na początku cala grupa z Wojciechem ,
potem już w 3-kach. Ja ćwiczę z z Beti i Wojtkiem . Utrzymanie rytmu
przychodzi mi łatwo ... sądzę jednak ze jest zbyt mocny i szybki... bez trudu
wytrzymuję jednak te 20 min. W tym czasie wizja Beti ... Wcale nie błacha
/.../ Przygotowanie do chodzenia po ogniu . Ćwiczenie kroku ogniowego .
Przechodzenie przez ogień. Moje 3 razy i dotkliwe skutki poparzenia stóp ...
na polu psychicznym przede wszystkim.
30
lipca 2008
g.
19.15 . Za chwilę ostatnia łaźnia potów tego Warsztatu - trzecia. ...
Kolejny piękny, słoneczny dzień. /.../ Byliśmy dziś po prostu na
"wycieczce po lesie"... orientacja na intuicję w grupie. Odprężenie.
Ale dobry dzień. na rozluźnienie po wczorajszym dramatycznym przejściu ścieżką
ognia. Dla mnie to najsilniejsze z progowych doświadczeń. Technicznie wszystko
przebiegało sprawnie... zwyczajowe przygotowania , psychiczne nastawiania, ćwiczenie
kroku ogniowego. Drzewa naszykowane tyle ile trzeba. Stos jak się patrzy. Może
zbyt lekko wszystko , może z mojej strony niefrasobliwie. /.../ Adam gospodarz
miejsca , człowiek tak tu serdeczny , pomocą jest na każdym kroku. Okoliczna
ludność zasadniczo też. Dla nich wszystko to jest dziwne, ale nie ingerują,
raczej podpatrują. Trochę może speszeni naszą obecnością, ciekawi. /.../
Wczorajsze przejście przez ogień... rozpoczęło się dla mnie z chwilą gdy
odebrałem od Jacka bęben szamański i wraz z innymi zacząłem grać przy rozżarzającym
się ognisku. W pewnej chwili pod wpływem głosu bębna postrzegana przestrzeń
się zmieniła... wzrok utkwił i ogniowym żarze , wszystko inne umknęło
uwadze... żar stał się przestrzenią na którym otwarły się wizje... Ta
czerwień lawy stanowiła pulsujący ekran. Zaskakujące było to że obraz były
dość kulturowo wyznaczone ... i mimo prób odejścia od tego typu schematów,
nie dały się przeobrazić. Były takie jakie są opowieści. ... o smokach ,
skarbach etc. Świat jak z Baldur Gate. Osobliwe bo ja nie jestem łatwo podatny
ja zwykle wywoływanie wizji... to jednak było mocno narzucające się i nie
chciało się przemienić. Obrazy osobliwe, ale niezwykle za to plastyczne. , wręcz
namacalne. Bardziej zastanawiało mnie to, niż dziwiło czy przerażało. ...
dlaczego widać właśnie to w ogniu, a nie nic innego? Nie było to ani wrogie,
ani bliskie... lecz jakby należało do wyobrażeń o żywiole ognia. Jak
płaskorzeźby na czerwonej od ognia metaloplastyce. /.../ Wojciech jak
zwykle przygotował żar perfekcyjnie ... zawsze to podziwu godne gdy tak go
przegarnia... mnie samo zbliżenie sprawia trudność. .... było w tym
wszystkim dla mnie coś cięższego... jak ciężka powinność... jak
zadanie... we mnie. /.../ Długo zwlekał.. nawet mnie zaczęło to
niecierpliwić. ... teraz myślę że w tym zwlekaniu był sens... by było w ogóle
wierzchniej warstwy popiołu tylko żar i czarny miękki węgiel drzewny.
Wojciech jakby na cos czekał. Nie było poczucia... że trzeba już iść bo żar
może zanadto przestygnąć, raczej poczucie że jest zbyt gorący by w niego
wejść... ale czas nadszedł. Pomyślałem.. „Na co on czeka ?”.
... następnego dnia w rozmowach w kręgu wspomniał o tym . I poszedł. Chwile
potem poszedłem ja... kierując się raczej interwałami czasowymi z poprzednich
doświadczeń niż wrażeniom ognia obecnego... I ... było gorącą... bardzo
gorąco ... wręcz przypiekająco ... jak nigdy dotąd. Po tej rozgrzanej do
czerwoności jakby lawie pośród nocy nad stawem. Potem w równych
interwałach poszli inni... dla wszystkich nie było to łatwe doświadczenie.
Na końcu czekał Wojciech ... chwytający nas w ramiona... niespodziewanie...
trochę ... ale OK. Pierwsza kolejna przeszła szybko... do drugiej się już
nie podchodzono tak nierozważnie . Wszyscy wiedzieli jak jest. Nie
wszyscy się decydowali. Ilość kroków zdała mi się mniejsza o krok lub 2 od
innych przejść, ale żar zdawał się znacznie bardziej gorący, lub moje
stopy tak wydelikacone 2 miesięcznym antraktem w obciążeniach. Za drugim
razem po przegarnięciu ścieżki [ o odkryciu węgli o wyższej temperaturze)
poparzył się i Wojciech... Dla mnie to też było już full. Druga kolejka to
już było przezwyciężanie ognia. Czułem pod koniec wyraźny ból. Chwilę
potem przeszła i Beti. ... Pomyślałem ze jak zwykle trzeba przejść 3
krotnie. ... Jak zwykle , ale tym, razem przed wejściem po raz trzeci czułem
już wyraźny lęk... zacząłem i cofnąłem się... ... Jeszcze raz. Wiedziałem
ze będzie bolało, ale nie chciałem zrezygnować, jeśli już ustawiłem się
na początku ścieżki. Czułem że już wszyscy mają chyba dość. Ja wyraźnie
się już bałem . Grupa czekała. Czułem że cofnąć się po prostu nie mogę.
Chwila przełamywania siebie i ruszyłem... poszedłem jak w dym... poza ciałem...
I bolało... Bardzo bolało. Na granicy wycia z bólu. Wojciech wspomniał potem
że nie było Ducha... to prawda tym razem nie było go ... na Wysokiej energii
byli w tym zgromadzeniu tylko On, Beti i Adam... ale to jeszcze nie powód w ogóle
wytracać ducha w sobie. Chwilą zapanował defetyzm... zaginanie rzeczywistości...
Nie potrzebnie... Milczałem... ale po tym 3 razie wyłbym już z bólu... Tym
razem ogień nie dał mi swej energii, uświadomił mi po prostu granice... moje
granice, których już nie przekroczę. Dziś nie czuje się silniejszy. Wiem już
że droga dalej pod górę jest już nie dla mnie. Nie ma rady ... jest jak
jest.. dobrze że jest to czytelne . Może warunki się muszą zmienić by było
inaczej, może nie... Ale to już przyjmuję ze spokojem. Jest jak jest ... pod
górę się już nie da. /.../ Do obozu wydawało mi się że ledwo dotarłem...
Nie byłem w stanie otrzymać kroku innym Pozostałem w tyle... Dobrze że miałem
już latarkę kupioną mi przez Adama za 6 zł. Pomyślałem ... że będę
musiał iść na czworakach. Prawdziwy horror zaczął się jednak w namiocie...
Inni ratowali się miską z wodą wstawianą do namiotu... ja musiałem to jakoś
przejść... i nie żałuję, choć mało nie chodziłem po ściankach namiotu i
mało nie wyłem z bólu... To było tak jakbym 100 razy miał przejść tą samą
ścieżkę z 10 sek. odstępami jakiś strzałów przeciwbólowej endorfiny z mózgu
, która na moment gdy ból był zbyt skrajny przynosiła ulgę... a potem
znowu... rozdzierający nieprawdopodobny ból. Stopy jakby dawały wciąż
nerwami sygnał że wcale nie przestają przechodzić przez ogień. Ból iście
nieprawdopodobny. ... by nie nazywać tego inaczej. ... Czułem jednak że ten ból,
ma swój niewypowiedziany sens... jest może jakimś zadośćuczynieniem.. lub
przetarciem jakiejś nowej drogi.. nie wiem, ale wiedziałem że tak ma być i
ma to sens. Jest jak jest i ma to sens... Gdy było tak ciemno zdawało mi się
że stopy muszę mieć w strupach krwi. Jakimż zdziwieniem było gdy zapaliłem
latarkę - że są one poparzone dość tradycyjnie, może z większą ilością
bąbli, ale nie to różnica stopnia, nie jakości. Cały proces przebiegał wręcz
na poziomie układu nerwowego. Trząsłem się w dreszczach i co chwila
przeszywał mnie ten nieskończony zdawałoby się dotkliwy impuls bólowy . Może
był w tej intencji by oddać innym to co może byłem im winien... może w
intencji powrotu do zdrowia ... ale dalej nie przechodził... trwało to z 2
godz... o śnie nie było mowy... zdawało się że miotam się po małym
namiocie skręcając się z bólu. Nie wyłem chyba tylko ze wstydu. Zdawał się
nie ustępować.... Ten namiot to było łoże katuszy... i w takich warunkach
wizja zjawiała się sama przez się... czy się chciało czy nie... trzeba było
to wszystko uporządkować. Uporządkować w sobie na nowo. Ustąpiło wtedy gdy
3 intencją miało być wyjście z impasu związanego z pracą... jeszcze o tym
pomyślałem... Potem się powoli uspokoiło. Koniec... po prostu w te 2 godz...
przyszło rozgrzeszyć się z życiem. Z takim bólem już na żadną nową górę
nie wejdę... Nie mam już złudzeń. Nie przemogę go... jednak z czasem ustąpił.
Następnego dnia było już OK... po prostu OK. Dało się chodzić... w
skarpetach i butach (pozostali boso) , ale jednak dało się chodzić. Nikomu
nogi nie odpadły.
g.
14.30 Dworzec Kraków Główny. Siedzę już w autobusie PKS... kierunek na
Muszynę. ... Tak ostatecznie wyszło ... po prostu do Krakowa dotarłem dzięki
Piotrowi i Beskid Sądecki wydaje się najbliżej... odpuszczając oczywiście
zatłoczone do niemożliwości o tej porze Tatry. ... przejazd po dawne
wspomnienia. Góry są potrzebne, wędrówka samotna przez góry, Szlak jest
potrzebny ... Układają się myśli, jaśniejsze stają się uczucia...
To co nieistotne odparowuje w wysiłku, to co istotne staje się jeszcze wyraźniejsze.
Kto jest blisko, blisko jest i dalej, kto odległy odchodzi w przeszłość
niepamięci ... Przed nami dalsza wszak Droga... Kto idzie dalej.. ten idzie
dalej... razem /.../ Adrianna z Elą wracają znad morza ...
Zdrowe.. Jest .. "w miarę' . /.../ Miasto ... tu, teraz teraz
jestem jakby odłączony od tego wszystkiego co mnie aktualnie otacza. Ludzie
wokół wydają się jak z innej planety. Otulony jakby watą przed miejską
rzeczywistością pisze te słowa. /.../ Pożegnaliśmy się o 9.30 bardzo
serdecznie... Wojciech po śniadaniu zorganizował jeszcze jedno spotkanie
w kręgu .. przy niewielkim ognisku pod topola. Wypadło serdecznie... Przekazał
mi mówiący kij.. i powiedziałem że to co ważnego zostało powiedziane ubiegłego
dnia podczas ostatniej łaźni... W obliczu jej siły słowa w zwykłym świetle
dnia brzmią tak blado. NIC DODAĆ, NIC UJĄĆ. W tym czasie Wojciech
przygotowywał nam pożegnalne pamiątki z kory brzozy. Ta wczorajsza łaźnia
potów najgorętsza była jak dla mnie. Na granicy przetrwania... i znowu udało
mi się przetrzymać to, ale pewnie tylko dlatego że mogłem się położyć.
Starałem się bardzo by nie wyjść na g. 12., ale i tak wyszło że jestem na
11.00 Znów ciężka walka o przetrwanie... Był to czas POŻEGNAŃ, Podziękowań...
. Tego dnia energia się przeniosła. Było nas jakby mniej też... zbyt gorąco
by wszyscy wytrzymali, bez omdlenia. /.../
Dziś
pożegnanie...
Mimo
różnych chwil dalej z Wojciechem na jednej drodze.
Może
nie tej samej, może obok, ale czasami te drogi się krzyżują.
Tak
jak teraz. Do następnego więc razu... przy innych okolicznościach.
Wciąż
wspaniała pogoda.
Patrz
również WARSZTATY ENERGETYCZNE i Warsztaty
WJ
pocz.
sierpnia 2008
Z
pozdrowieniami Robert "Ro." Łapiński
|