|
Na
początku był dźwięk. Był on całkiem niezły , niektórzy mówią
doskonały. Potem było ich więcej i stworzyły rytm i harmonię i to
było dobre. Spodobały się cesarzowi, więc postanowił że dźwięki
powinny towarzyszyć mu stale, i urządził turniej muzyków , na którym
mógłby się znowu upić piwem z manioku i zielonych bananów, a
smakowało mu ono wybornie od czasu gdy gońcy których córki były zakładnikami
na dworze przez szeroką sawannę i wysokie góry nieśli piwo z zachodu
i podawano je na dworze zamiast owej paskudnej lury z
sorga. Tak więc
cesarz zarządził by zewsząd przybywali muzycy, i wszyscy którzy
znali dźwięk gromadzili się w stolicy, a nie było ich wielu bo dźwięk
nie oddawał się każdemu we władanie, i tylko ci którzy widzieli
dalej poza swą miskę zupy i słyszeli więcej niż pisk świń w
swojej zagrodzie potrafili kierować dźwiękiem i nadawać mu formę,
kiełznać go i przekładać tak aby zrozumieli go pozostali. I żaden z
nich nie pił piwa, ani z manioku ani z prosa, i nie pił też wina zwłaszcza
wtedy gdy miał czarować dźwięk, a niektórzy, wytykani palcami i wyśmiewani
nie brali też swych sióstr ani sióstr swoich matek ani też żadnych
kobiet ze swojej zagrody i nie odsłaniali ich nagości i nie mieli też
więcej niż jedną kobietę na raz bo mówili że dźwięk tego nie
lubi. A niektórzy grywali na wysokich górach i w gąszczu bardzo kłujących
krzewów, i wtedy kiedy księżyc był w pełni, i ich dźwięk był
dobry. Dźwięk objawiał się w różnych formach co widać było na
placach stolicy gdy zgromadzili się przybyli, przenikał niczym ziąb
nocy na pustyni, głaskał jak włosy branek zza wielkiego wąwozu, drażnił
przyjemnie jak dym który kłębił się w fajkach brodatych mężczyzn
zza wąskiego morza, szczypał niczym sok z kwaśnych owoców. Ale
najdoskonalsza była forma jaką przywieźli bębniarze i nie było w
niej zbędnych tonów, nie było czerwonych nosów i ciemnych, spoconych
uliczek, nie było w niej ducha nieczystego a tylko wibrujące, czyste
powietrze. I był wśród nich Najbardziej, którego poważano i nawet
wielbiono, choć podówczas dźwiękowi to służyło, i nie niszczyła
go zazdrość jaką wielu konkurentów sprawniej niż dźwiękiem władało.
Najbardziej miał wielu przyjaciół, a wszyscy tworzyli z nim muzykę,
bo tak nazwali swoje dźwięki, i ich muzyka była najlepsza. Były i
harfy i piszczałki i trąby i czarodziejskie werble i kości i puszki i
pojemniki po zupie i drumle i cymbały i rogi i kije i struny i trójnogi
i puzony i cytry. I wszystkie one w owych czasach miały moc tworzenia.
Ale trąby i piszczałki i tamburyna a nader wszystko bębny
Najbardzieja i jego przyjaciół tworzyły najlepiej i panowała doskonała
harmonia. Każdy kto słuchał ich muzyki widział jednocześnie jak
tworzy się dzieło, i mogli oni być dowolnie pijani i śpiący lub zmęczeni
czy chorzy, brudni lub nadzy, a ich dzieło i tak powstawało lepsze od
tego które tworzyli inni niezależnie jakich sztuczek by się imali,
nawet stając na głowie w świętym zagajniku dwanaście dni po nowiu i
wypaliwszy kopę ziela wielkości nawozu dorodnego słoniątka. Jak
zostało powiedziane, była wokół zazdrość, ale było w niej więcej
podziwu i miłości do dzieła , więc wszyscy którzy władali dźwiękiem
ciągle w owych czasach w mniejszym lub większym stopniu potrafili
tworzyć. Krążyły opowieści o tym iż w kręgu przyjaciół sędziwego
Najbardzieja przebywała stara magia, i była to magia potężna, bo
wszyscy którzy czarowali bębnami a było ich po jednym z każdego
pokolenia w swoim czasie wygrali legendarny wyścig bębniarzy. Odbywał
on się gdzieś daleko na południu, za gęstym lasem cytrusowym, gajem
porzeczkowym, za trzema zagrodami braci o złym spojrzeniu, brudnym
strumykiem o błotnistym brzegu, płaskim polem, piaszczystą drogą,
rozpadającym się murem starego spichrza, nawet za trzema kanałami które
oznaczał czerwony głaz poza który władza cesarza sięgała w małym
stopniu. Myślałby kto, że wyścigi bębniarzy polegały jak to bywa w
dzisiejszych czasach na tym kto szybciej zagra swoją pieśń. Nie,
wypuszczano z drewnianej klatki potężnego czarnego bawoła, nogi jego
były jak słupy wspierające cesarski pałac, kark jak góra na której
stoi świątynia, ogon jak połączona miotła siedmiu grubych gospodyń,
rogi jak dzidy najpotężniejszych wojowników, grzywa między nimi
niczym u wielkiego lwa a członek jego jak samotny baobab, lecz twardy i
czarny jak heban, i byk ten zapłodnił w swoim czasie nieprzebrane
stada, i dawały one więcej mleka niż płynęło w rzece za łysym pagórkiem.
Tak więc moc ziemi była z nim, i wygrać z nią musieli ścigający się
bębniarze , a który z nich przegonił bawołu i pierwszy dobiegł do
celu stawał się Królem Byka i moc udzielała się mu i pozwalała mu
tworzyć, bo bez mocy ziemi żadne narodziny nie były możliwe. A
pozostali rzucani byli jako pokarm dla psów grubej starej kobiety, która
była Panią Byka. Tak więc zwycięzcy wyścigu bębniarzy byli ludźmi
odważnymi, wszyscy wojownicy podziwiali ich i godni oni byli zasiadać
po prawej stronie cesarza, a potem zalegać z nim na podłodze gdy był
zbyt pijany żeby dłużej siedzieć.
W
dzień wielkiej uczty, która trwała wtedy, kiedy słońce najwcześniej
wstało i najpóźniej kładło się na swoje leże, instrumenty śpiewały
swą pieśń bez ustanku i dzieło rosło, co podobało się zarówno
cesarzowi, jak i zgromadzonym tłumom, a nie podobało się możnym, z
których pól ściągnął tłum, i szemrali oni ale wtedy jeszcze nikt
o tym nie wiedział. Piszczałki tworzyły owoce granatu, i strumień
ziarna który spływał na rynek, głos pięknych cytr i cymbałów
sprowadzał kształt pomarańczy, bananów, i przypieczonych karpi i
malutkie mandarynki i czekoladę, głos trąb i rogów rodził pieczone
prosięta i wielkie krowy o opuchłych od mleka wymionach i okrągłe słomiane
ule pełne plastrów słodkiego miodu, strusie o pięknych piórach i
takież pawie, rozbiegające się kurczęta i waleczne koguty, wespół
z harfami wyczarowywały kobiałki sera i zielone warzywa i mnóstwo
fajkowego ziela, powstawały kosze pełne diamentów, szafirów, bale
cydrowego drewna, rzeźbione figury, złote bransolety, błyszczące
naszyjniki, wielobarwne pióropusze, gliniane naczynia, skóry lwów,
lampartów, maski i lampiony. Bębny zaś tworzyły przepyszny chleb,
kto go zjadł ten nie był głodny przez siedem dni, i smakował on
wybornie z fajkowym zielem i z piwem co spodobało się cesarzowi i
pasował również do śmietany i był dobry na kaca i leczył
rany oraz trzymał długo w czujności, co ucieszyło strażników którzy
pilnowali granic wioski. Jeśli muzycy stworzyli kiść winogron, to gdy
miała ona tuzin gron, kiść
stworzona przez przyjaciół Najbardzieja miała ich tuzin tuzinów,
kiedy powstała za sprawą krążących wokół dźwięków kość
fajkowej żywicy wielkości pięści wojownika i gęsta jak stwardniałe
masło to bryła żywicy jakiej kształty rosły dzięki magii przyjaciół
Najbardzieja miała rozmiar brzucha głodnego dziecka i gęstość
ziarna fasoli - a mimo to dawała się kroić z wielką łatwością!
Choć
całe dzieło było piękne, dobre, pyszne i błyszczące, i każdy coś
dodawał do niego od siebie, i wspólna pieśń rosła i sięgała
rozgwieżdżonego już teraz nieba, to cesarz musiał tak jak obiecał
wybrać zwycięzcę turnieju, i muzykom którzy najbardziej ucieszyli
jego serce ofiarować jedną ze swych córek. Tak jak wszyscy oczekiwali
, córka zawędrowała w nocy do namiotu Najbardzieja, a stamtąd
kolejno do namiotów jego przyjaciół, bo ich pieśń była najpiękniejsza,
a dzieło doskonałe, powstające z miłości i harmonii. Konkurenci
cieszyli się radością zwycięzców a lud ucztował i bawił się bo płody
święta były wspaniałe i wieściły płodny i obfity rok, ci którzy
mieli młode córki wiedzieli że uzyskają za nie wiele sałaty i
pieprzu od mężów zza wąskiego morza.
Byli
jednak i tacy, którzy zgrzytali i rzucali uroki, ale nie mogły one
zepsuć harmonii dźwięku, nie podobało się to wszystko szalonym
szamanom, którzy byli coraz mniej i mniej potrzebni i ich rad już nie
chciano słuchać, a w zagrody wpędzano im coraz mniej ofiarnych prosiąt.
Odeszli oni do kręgu możnych i wespół nimi zgrzytali, bo tak naprawdę
podobnie jak możni nienawidzili ludu, którym władali chociaż panował
wszechmocny lecz już śpiący pijackim snem w objęciach nałożnicy
cesarz. Możni chcieli widzieć lud zgięty na swoich polach, aby pomnażał
ich bogactwo i musiał oddawać ze swoich pól także dużą część
plonu, aby jak mówili możni ku chwale i pożytkowi wszystkich i wspólnej
sile i dla wspólnego wyższego interesu budować miasto na płaskowyżu,
nową stolicę o wysokich wieżach, szerokich mostach, dużych ulicach,
pracujących kuźniach i nade wszystko wspaniałych pałacach w których
możni mogliby przyjmować swój lud, słuchać wnoszonych przezeń
skarg i udzielać mu pomocy w razie gdyby działo się źle. Tak mówili
możni i nie podobało im się że lud świętuje i wielbi dźwięk,
zamiast pracować na polach, objada się, upija i pali, wbrew porządkowi
i ładowi, wbrew swoim szamanom, jak dodawali ci ostatni. Był wśród
nich pewien czarownik, który potrafił zmieniać swą postać, był całkiem
pomysłowy a magię swoją czerpał z wyrwanych serc indyków, mózgów
węży i zębów wybitych podczas bójek w gospodzie. Uradzili oni sposób
na Najbardzieja i ich nienawiść znalazła swe ujście. Kruk w jakiego
przemieniono czarownika poszybował ponad pustynią tam gdzie w kręgu
piaskowców między walającymi się kośćmi w chatce z blachy
mieszkał Szakal, zły człowiek który krzywdził kobiety i jadał
czarne kury chodzące wokół jego baobabu w całości, razem z pierzem
i pazurami. Szakal również potrafił zmieniać postać, każda jaką
przybrał była jednak ohydna i czarna, i potrafił przybierać jedynie
obraz tego co zobaczył, bo brak miłości nie pozwalał mu tworzyć
nowych rzeczy. Był chciwy i kiedy Kruk powiedział mu iż uradzono że
zostanie poborcą podatkowym w nowej stolicy, jego czarne serce uradowało
się a nie mniej czarny umysł począł przemyśliwać czego za to się
od niego oczekuje. Pod postacią odrażającego pasożyta poszybował
jednak na Kruku i na miejscu tuż przed nowym brzaskiem objaśniono mu.
Kiedy
Najbardziej wystawił głowę ze swego namiotu uśmiechnął się , bo w
jasnym świetle poranka ujrzał trzy małe ptaszki, zaraz jednak nakrył
je cień małego mężczyzny. Oparty o laskę z grzechotkami, świadczącymi
o tym iż jest bębnorobem. Na nagim torsie wytatuowaną odwróconą
spiralę, zaś pod nią kształt szakala. Z wora na plecach wyciągnął
bęben, czarny lśniący i gładki. Odezwał się w te słowa...
-
Panie,
przybywam z daleka, bo dźwięk wasz daleko się niesie a na nim wasza sława.
Tak
mówili do siebie możni i czarnoksiężnicy, ubierając to co można
rzec prosto w ozdobniki i tytuły, bo mowa ich fałszywa, jednakże
Najbardziej tego nie wiedział.
-
Przyjmij
ten dar abyś jeszcze większym był i aby jeszcze bardziej kobiety cię
podziwiały< wręczył mu bęben i wlał swymi słowami pożądanie w
serce tego kogo miał skusić, bo był ojcem kłamstwa.
Dźwięk
bębna był czysty i metaliczny, niósł się daleko w świeżym
powietrzu poranka, ale gra na nim była zbyt łatwa i zbyt szybko ściemniały
promienie jasnego słońca.
Obudzili
się przyjaciele Najbardzieja i z podziwem patrzeli na dar a z
zainteresowaniem na przybysza. Zjedli mnóstwo owsianki na śniadanie,
była pełna rodzynek które smakowały przednio. Zasiedli zaraz do
swych instrumentów i podjęli przerwany poprzedniej nocy wątek pieśni.
Śpiewał też czarny bęben, lecz odtąd wszystko co powstawało było
bardzo doskonałe lecz zimne w dotyku. Możni słuchali pieśni z
oddali, stojąc na wzgórzu. Kiedy słońce stało już wysoko, podano
obiad, po nim owoce i rozmowa potoczyła się, a przybysz z tatuażem
szakala wychwalając banany i śledzie począł jednak mówić że
dobrze byłoby mieć i banany i ziele i wszystko nie robiąc nic, a wówczas
jeden z muzyków zaśmiał się i odparł że właśnie tak stworzono świat,
że jedni uprawiają rolę i walczą, a inni tworzą im radość i dary
muzyką i to jest dobre słuszne i sprawiedliwe. Przybysz wówczas odparł
że prawda to, ale lud otrzymywać może to co otrzymuje, a mimo to nie
można by nie robić nic tylko jeść banany i leżeć na plaży, bo
skoro moc kreacji jest tak wielka, to zagrać można i samych siebie,
stworzyć swoje repliki, aby to one grały i tworzyły za swoich twórców,
a ci palili by nie dając nic w zamian, i panowałoby zadowolenie
-
Co
zatem z tworem, czy on też nie zechciałby nie robić nic i stworzyć
siebie samego? - odparł wątpiący bębniarz.
-
Można
nałożyć na nich łańcuchy magii i przykuć ich w świątyniach, aby
tam grali, a lud przybywałby i cieszył się darami - taka była
odpowiedź.
Zmroziła
ona serce pytającego, nie jednak pozostałych, czym ten przejął się
bardzo i ująwszy swój instrument podjął pieśń wolną i smutną i złowieszczą.
Ale przybysz odpowiedział tylko zagadkowo grzechocząc grzechotkami, a
bębniący nie wiedział wówczas jeszcze jaką moc ma zło. Bo wgryzło
się ono w przyjaźń między nim i pozostałymi, nie zauważyli nawet
jak usunął się w cień, słuchając wizji przybysza, nie zauważyli
jak zmienił ton, że jego dźwięk oddalał się od pozostałych a jego
stopy pokonały trawiastą łąkę i wzgórze i po kłującej trawie
sawanny szły dalej. Tworzyli nową pieśń, a z tej pieśni powstawali
oni sami, powstawały nowe instrumenty, zamykało się koło które nie
powinno się zamknąć i dopiero kiedy złe dzieło było dokończone
Najbardziej zrozumiał swój błąd gdy spostrzegł nieobecność
towarzysza, to go bardzo zasmuciło, zapłakał a potem pobiegł w
pustynię, porzucając czarny bęben, a dźwięk jego fujarki też się
oddalił. W dzisiejszych czasach wierzymy, że stale szuka swojego
towarzysza na bezkresnej sawannie, kiedy jednak rozrastające się
miasto pochłonie już całą muzykę, wówczas znajdzie go i powrócą
z nowym dźwiękiem.
Tymczasem
jednak działo się nie tak jak powinno, jednak po myśli możnych ,
szamanów i Szakala, który był ich sługą. Twórcy leżeli nad
strumieniem i w bród mieli miodu, mleka, kobiet, ziela, mięsa, coraz
więcej pili jednak piwa, nie tylko z manioku ale nawet i z jęczmienia,
wina i napitku z kartofli, albowiem mieli dużo czasu. Twory zaś grały
w świątyni, i lud z czasem coraz częściej przychodził posłuchać
ich do miasta na płaskowyżu, jednakże tylko niektórzy z uczestników
wielkiego turnieju po którym cesarz dostał pamiętnego siedmiodniowego
kaca słyszeli i zdawali sobie sprawę że harmonia i radość nie jest
już tak wielka. Twory jednak stworzyły własne dzieło bo one też
chciały nie robić nic, i nie musiał tej myśli podsuwać im żaden ze
sług kłamstwa, bowiem były po części tworem dźwięku czarnego bębna
i lenistwo i zło zasiane już było w ich sercach. A było to też po
myśli możnych , którzy chcieli się jeszcze bardziej bogacić i
rozbudowywać miasto na wspólną chwałę, więc wysyłali nowych
muzyków do innych miast za wąskim morzem i suchą pustynią aby
tam szerzyły dźwięk i dzieło, przynosząc zyski swoim mocodawcom . I
miasto stało się symbolem sprzedaży dźwięku, każdy kto chciał go
sobie kupić wiedział gdzie się skierować i gdzie jest on dobry.
Jednak nie był on tak dobry jak na początku, jak mówili najbardziej
łysi, starzy i bezzębni starcy. Stawał on się coraz gorszy i coraz
gorsze było dzieło, bo kopie nie mogły tworzyć go z taką doskonałością,
precyzją i harmonią jak uczestnicy wielkiego wyścigu bębnów z południa
którzy ongiś wygrali turniej po którym cesarz miał pamiętnego
siedmiodniowego kaca, przede wszystkim jednak kopie nie władały taką
magią i miłością jak ci którzy ich stworzyli Stwierdzali to ze
smutkiem najstarsi starcy i zastanawiali się jak mogło do tego dojść,
stale bowiem nie wiedzieli jak wielką moc ma kłamstwo. Nie robiąc nic
można mieć bowiem dużo kobiet i bananów a nawet wieprzowiny,
nieprawda jednak że nic się nie zmienia. A Cesarz zaś stale pił piwo
z manioku i zielonych bananów, i tracił zainteresowanie swoimi
kobietami, coraz bardziej bolała go wątroba i czerwieniał mu nos.
Coraz mniej kochał swój lud. Coraz bardziej ciemiężyli lud zaś możni.
Rozrastało się miasto i w jego świątyniach dozowano radość. I nie
było już święta. I zapomniano którędy i przez co biegnie droga do
zagrody bardzo grubej kobiety, pani bawołu. Zapomniano w ogóle że ktoś
taki istniał, bo ich dźwięk nie był już słyszalny, utonął w łoskocie
który niszczył pieśń, bo nie snuli jej już ci którzy najbardziej
potrafili, a jedynie ci którzy powstali z chciwości i na podobieństwo
swoich twórców, nie tak jednak jak oni doskonali. I każdy grał swój
dźwięk, ale żaden nie pasował do innego, walczyły ze sobą, gryzły
się, oczerniały , kopały i opluwały, charkały żółcią i czarną
flegmą, niosły wojnę i łoskot proporców, niosły hałas miasta. Z
czasem straciły moc tworzenia. Zupełnie , choć nie na zawsze. Cesarz
przestał pić piwo z manioku bo nie miał już go skąd brać. Nie
przywożono już go przecież z zachodu, bo tam było też miasto. I
wszyscy grali swój dźwięk i każdy z nich miał kogoś kto dostarczał
mu za to jego proso i kobiety, jednak ja byłem na szczęście już głuchy.
Na końcu był hałas i hałas był końcem harmonii, jednak dźwięczy
ona w mej głowie i mej pamięci i może będziecie jeszcze kiedyś ją
mogli usłyszeć. Oderwijcie sobie uszy i uderzcie w bęben.
|