Włodzimierz Pawluczuk

Światopogląd a sposób życia.                      Wykład czwarty:

Tożsamość , a światopogląd.

 

 

O

Skonstatujmy najpierw dotychczasowe nasze ustalenia.

Światopogląd jako fakt historiozoficzny pojawia się na gruncie filozofii w obszarze niemieckojęzycznym wraz z narodzinami nowej idei filozofii, jako Logosu, jako głosu Absolutu. Filozofia przestaje być metafizyką w ścisłym tego słowa znaczeniu, przestaje być oglądem świata przedmiotowego przez ludzki podmiot, staje się wyrazem tegoż podmiotu rozumianego jako odbicie Absolutu. Głównymi postaciami tego nurtu w filozofii jest Schelling i Hegel.

 

Dzięki Diltheyowi filozofia uzyskuje samoświadomość bycia światopoglądem, a nie Prawdą, jeśli przez to pojęcie rozumieć chcemy stan spraw Całości i adekwatność wypowiedzianych zdań do tej Całości. Metafizyka i filozofia w ogóle jest wyrazem Życia, które jest procesem, a nie stanem spraw. Jako proces, Życie potrzebuje coraz nowego wyrazu w światopoglądzie.

 

Światopogląd rozumiemy jako rodzaj zobiektywizowanego tekstu, który z racji swej obiektywności może być przekazywany współczesnym i następnym pokoleniom. Tekst z kolei rozumiemy, jako sekwencję znaków, której sens jesteśmy w stanie odczytać. Wyróżniliśmy trzy rodzaje tekstów: tekst doskonały, teksty istotne i teksty banalne. Jeśli przez tekst rozumieć sekwencję znaków werbalnych, czyli słów i zdań, to tekst doskonały nie istnieje.

Jego wyrazem są pozasłowne formy sztuki, obrzędu, ekstazy mistycznej. Do wyrażenia tekstu doskonałego dążą teksty istotne, teksty banalne służą przełożeniu tekstu istotnego na język powszechnie zrozumiały i upowszechnieniu go wśród szerzej publiczności.

Zanim przejdziemy do właściwej analizy roli światopoglądu w funkcjonowaniu osobowości i w życiu społecznym, przeanalizować musimy odrębnie kategorie tożsamości, etniczności i wiary.

 

Zacznijmy zatem od pojęcia tożsamości. Na gruncie logiki, to oczywisty - zdawałoby się dla każdego - aksjomat: A=A. “Każda rzecz jest tym, czym jest i zgoła niczym innym”. Można go, bez większych wahań, zastosować do “obiektów” ludzkich: “Jan jest tylko Janem i na pewno nikim innym”. Jeśli zgodzimy się z wypowiadanym niekiedy poglądem, iż węzłowym, podstawowym elementem osobowości, jest światopogląd, to można stąd wysnuć wniosek, iż zasadniczym dla tożsamości Jana, jako osoby, jest jego światopogląd.

 

Zasada tożsamości rzeczy była podstawową zasadą logiki arystotelesowskiej, dziś jest ona kwestionowana przez różne systemy logiki wielowartościowej, która okazała się, między innymi, bardziej przydatna w opisie rzeczywistości we współczesnej fizyce. Obiekty opisywane przez fizykę kwantową mogą być tym czym są, a jednocześnie - czymś zgoła inny. Mogą być i zarazem nie być. Z kolei opis rzeczywistości człowieka pierwotnego dokonany przez Levi-Bruhla, czy Eliadego pokazuje, iż przedmioty realnego świata w świadomości magicznej, czy mitycznej nie zachowują swej tożsamości.

 

Z tożsamością rzeczy pozaludzkich możemy od biedy jakoś sobie radzić. Co prawda żaba-ropucha w świadomości ludowej jest żabą, a jednocześnie babą wiedźmą, ale my wiemy, że to tylko żaba o określonych cechach opisanych przez zoologów i nic więcej. Okrągły stół jest co prawda stołem okrągłym, a jednocześnie symbolem końca komunizmu, ale też wiemy, że to tylko symbol. Okrągłość stołu w sensie fizycznym da się łatwo zdefiniować. Gorzej z tożsamością Jana. Zakładamy - słusznie czy nie - że żaba, czy stół w swej istocie pozostają zawsze takie same, zmienia się tylko nasz punkt widzenia. Z Janem jest inaczej. Jan może powiedzieć: nie rozumiem, co się wtedy ze mną stało, brzydzę się samego siebie, gdy poznałem ją, stałem się zupełnie innym człowiekiem, przeżyłem powtórne narodziny, żyłem w grzechu, teraz żyję w prawdzie, byłem głupi, teraz zmądrzałem. Itp. Jan sam się przyznaje, że zmieniła się jego istota, że jest innym człowiekiem. My to widzimy i mówimy: on stał się zupełnie innym człowiekiem, kiedyś był zupełnie nie taki, nie wiem, co go opętało, nie poznaję go.

 

Oczywiście, podobnie jak w przypadku stołu, czy żaby, możemy potraktować Jana jako przedmiot w tym świecie. Wówczas jego tożsamość gwarantuje jego kondycja biologiczna: urodził się u takich to, a takich rodziców, dorastał, dojrzewał, zmądrzał, czy zgłupiał, potem się zestarzał. Normalna kolej rzeczy. Ale Jan jest ciągle Janem. Nas tu jednak interesują kłopoty Jana ze swoją tożsamością i nasze kłopoty z Janem, nie jako istotą biologiczną, ale istotą społeczną, czy duchową. Jest przecież problem moralno-prawny: czy możemy sądzić Jana za zbrodnie, skoro wkrótce po tym przejrzał i stał się męczennikiem prawdy lub sprawiedliwości. Apostoła Pawła nikt nie osądza za zbrodnie przeciw Chrystusowi popełnione przed nawróceniem.

 

Można tu przytaczać skrajne przykłady zaburzeń poczucia tożsamości znane psychiatrom i teologom. Takim przykładem jest opętanie. Opętanie nie jest tylko problemem średniowiecza. W Polsce aktualnie działa kilkunastu egzorcystów mianowanych przez katolickich biskupów i mnóstwo świeckich egzorcysów-amatorów. I jedni i drudzy nie narzekają na brak pacjentów. Opętany czuje, iż jego uczuciami, myślami, postępowaniem kieruje jakaś obca siła w nim tkwiąca. Nie wnikajmy tu w medyczną stronę zagadnienia, chodzi nam bowiem o stwierdzenie samego fenomenu.

 

W naszych czasach bardziej znaczące niż tradycyjne opętanie, rozumiane jako opanowanie jaźni przez diabła, demona, czy ducha - stało się nowe zjawisko określane skrótowo jako “porwanie”. Zjawisko to kojarzone potocznie z porwaniem, czy uprowadzeniem ludzi przez istoty pozaziemskie ze statków UFO. W artystycznej formie przekazał to Spilberg w głośnym filmie Bliskie spotkanie III stopnia. O ile jednak UFO możemy traktować jako rodzaj mitologii współczesnej, to doświadczenia “porwania” jest faktem psychicznym, psychiatrycznym i społecznym traktowanym przez specjalistów z całą powagą. Działają w świecie stowarzyszenia porwanych, wydawane są czasopisma, powstają nowe “uficzne” religie, opracowywane są systemy terapii dla osób dotkniętych tym doświadczeniem. Dla nas w tym miejscu ważne jest to, iż mamy do czynienia ze swoistym doświadczeniem, które przerywa poczucie tożsamości podmiotu ludzkiego. Człowiek czuje się kimś innym - kosmitem, istotą pozaziemską, wybrańcem kosmicznych energii, albo też człowiekiem, któremu wmontowano “implant” i istoty pozaziemskie obserwują go i kierują jego postępowaniem. Doświadczenie to może też być pozbawione tych uficznych fantazji związane jednak z poczuciem czegoś bardzo niezwykłego, zaburzeniami czasu i przestrzeni, bliską obecnością jakieś tajemniczej osoby, czy siły. Oto przykład wzięty z książki J. Spencera, kolekcjonera i badacza tych fenomenów. Niejaki James z żoną rozbili obozowisko w Dorset. W środku nocy zmuszony potrzebą fizjologiczną wyszedł z namiotu i zobaczył kogoś, kto początkowo przypominał rolnika pracującego na polu w otoczce pomarańczowego światła. Pomyślał, że to mało prawdopodobne i obudził żonę, by pokazać dziwne zjawisko. Była godzina 2.55 nad ranem. Żona powiedziała, że pójdzie po aparat, żeby to sfotografować. Kiedy obróciła się zobaczyła wschodzące słońce. Był ranek. Przepadły gdzieś dwie i pół godziny. Zdarzenie to w zasadniczy sposób odmieniło ich samych.

 

Z medycznego punktu widzenia tego typu zaburzenia tożsamości obserwujemy w schizofrenii. A Kępiński pisał o schizofrenikach:

“Przestaje się już być sobą, znika poczucie ciągłości, konieczne dla zachowania poczucia tożsamości. “Umarł dawny człowiek, rodzi się nowy” i nie jest to poetycka metafora, ale rzeczywistość. Chory czuje, że nie jest tym, kim był, że coś zasadniczego w nim się zmieniło”

“ Chory staje się prześladowanym, zdobywcą świata, świętym, diabłem, Bogiem itp. Zachowuje się odpowiednio do nowej roli ujawnionej mu w chorobie i odpowiednio do niej wszystko przeżywa.”

Podobnie w cyklofrenii. Podczas ataków depresji chory nie może zrozumieć innych cieszących się życiem, ale też samego siebie sprzed kilku dni. Kępiński pisze:

“Ludzie poruszający się w jasności dnia rażą swoim głupim śmiechem, swoimi maskami, pozorna zabawą, drażni koloryt życia, pod nim chory wyczuwa ciemność nocy, uważa go za sztuczny”

 

Skrajnym przykładem zmiany tożsamości jest transwestyta - osobnik, który zmienił płeć.

Można jednak mnożyć przykłady bardziej “normalne” zmiany tożsamości: różne formy ekstazy religijnej i pozareligijnej, zauroczenie, agresja, psychoza tłumu, upojenie, odmienne stany świadomości itp. Całą gamę przykładów wewnętrznej antynomii ludzi twórczych przedstawia Lombrozo w swym głośnym dziele Geniusz i obłąkanie. Przytoczmy tu fragment z tego dzieła:

“ Tasso deklamował przeciw życiu dworskiemu, a tymczasem do samego zgonu żebrał łask pańskich. Rousseau niby tak czuły, porzucił obojętnie kobietę, która go kochała i osypała dobrodziejstwami, porzucił własne dzieci, spotwarzał innych, a nawet siebie, i trzykrotnie stał się odstępcą, wyrzekając się najpierw religii katolickiej, potem protestanckiej, wreszcie, co gorsza, swego filozoficznego wyznania wiary. Swift, ksiądz, napisał rozpustną opowieść o miłostkach Strafona i Chloe, oczerniał religię, której był kapłanem; dumny aż do obłędu - spędzał całe dnie w towarzystwie woźniców. Schopenhauer powstawał przeciw kobietom i jednocześnie był ich gorącym wielbicielem, mówił o szczęśliwości niebytu (nirwana), a przepowiadał sobie sto lat życia.”

Lombrozo traktuje to, jako przejaw obłąkania. W jego czasach było to przywilejem geniuszy. Dziś możemy powiedzieć, iż dziś każdy normalny człowiek musi być obłąkany w sensie, o jakim mówi Lombrozo , musi być przygotowany na różne wersje samego siebie, inaczej może bowiem być łatwo przez życie zdruzgotany. Tak uczą nas dziś różne poradniki udanego życia.

 

Dotykamy tu złożonego problemu struktury i istoty naszego Ja. Na pierwszy rzut oka nie ma nic prostszego i bardziej oczywistego, niż moje ja. We wszystkich językach świata występuje zaimek ja i jest on jednym z podstawowych wyrazów. Zaimek ten ma jednak sens dialogowy, służy odróżnieniu ja od nie-ja. (Ja to, a oni tamto, ja tobie, a ty mnie itd.) Kłopot zaczyna się, gdy spojrzymy inaczej: ja wobec mnie, czy ja wobec mego Ja.

W dyskursie z innym Ja jest jednością. Duszę identyfikuje się z osobą ludzką, Ja identyfikuje się często z duszą. Mówi się czasem: To miasteczko liczy około tysiąca dusz. U ludów pierwotnych człowiek może mieć jednak kilka dusz. Ale Melanezyjczyk, który ma aż siedem dusz, w kłótni z innym Malanezyjczykiem nie powie: obraziłeś moją piątą duszę. Ja Melanezyjczyka jest czymś innym niż jego dusze. Ale również w języku polskim mówić mogę o “duszy mojej”, jako o czymś zewnętrznym wobec mego Ja. Staf mówił:

 

Jesień przyjść musi, duszo moja - to daremne.

Patrzysz na mnie z przeczącą niewiarą w uśmiechu.

A jednak przyjdzie, chociaż zwolna, bez pośpiechu.

Pogodna słodka, złocąc skośnie źdźbła przyziemne.

 

Zatrzymajmy się chwilę przy tej wielości dusz. Jung źródła idei duszy i ducha skłonny jest widzieć w wewnętrznym pluralizmie psychiki ludzkiej. Składa się ona według Junga z oddzielnych części zwanych przez niego autonomicznymi kompleksami.

 

“Według tej teorii - pisze Jung - kompleks “ja” stanowi centrum naszej psychiki. Jest on jednak tylko jednym z różnych jej kompleksów. Inne kompleksy częściej lub rzadziej występują w skojarzeniu z kompleksem “ja” i w ten sposób zostają uświadomione. Jednakże mogą one również istnieć przez dłuższy czas nie wchodząc w skojarzenie z “ja”.

Jung jako przykład przytacza nawrócenia św. Pawła. Święty Paweł, zdaniem Junga, dawno, już przed nawróceniem był chrześcijaninem. Paweł-chrześcijanin był jednak owym autonomicznym kompleksem, który nie przeniknął jeszcze do świadomości, nie stał się częścią jaźni. Święty Paweł, kiedy nie był jeszcze świętym Pawłem, ale Szawlem, rzymskim oprawcą, gorliwie i zawzięcie prześladował chrześcijan, wiązał kobiety i dzieci, wtrącał do więzienia, żądał kary śmierci - prawdopodobnie przez ukrzyżowanie. W tym właśnie celu jechał z Jerozolimy do Damaszku. Jung twierdzi, iż Szawel tak gorliwie i zawzięcie prześladował chrześcijan, ponieważ sam już był w pewnym sensie chrześcijaninem, a być nim nie chciał. Nie dopuszczał tego do swej świadomości. Walcząc z chrześcijanami, walczył z samym sobą. To bardzo interesujący trop. Do niego jeszcze wrócę.

Przytoczę tu przykład zmiany tożsamości który przytacza Peter Berger :

“Człowiek dopiero co awansowany do stopnia oficerskiego, zwłaszcza, gdy rozpoczął służbę od szeregowca, będzie z początku nieco zakłopotany honorami oddawanymi mu przez napotkanych żołnierzy. Prawdopodobnie odpowie im w przyjazny, prawie przepraszający sposób. Nowe dystynkcje na jego mundurze są w tym momencie jedynie czymś, co po prostu włożył, prawie jak przebranie. Co więcej, świeżo upieczony oficer może nawet przekonywać siebie i innych, że pod mundurem jest on nadal tą samą osobą, że ma tylko nowe obowiązki (pośród których znajduje się obowiązek przyjmowania honorów żołnierzy). Ta postawa raczej nie utrzyma się długo.”

Niebawem oficer całkowicie identyfikuje się ze swoją rolą i przypadek nieoddanie honoru na ulicy przez niższego stopniem traktuje jako głęboką obrazę osobistą i wyciągnie z tego należne konsekwencje. Oficer, który zachowywałby dłużej dystans do swej roli oficera byłby, zdaniem Bergera, marnym oficerem.

Wojsko rzeczywiście jest dobrym przykładem kłopotów z tożsamością, wie o tym każdy, kto służył w wojsku - zwłaszcza w wojsku “starej daty”. Ale i dziś jest zastanawiające zjawisko tzw. “fali” - jak to jest, że młody człowiek będący ofiarą wojskowego terroru, bez problemów i z lubością przekształca się w oprawcę i kata młodszych o rok kolegów?

Mowa tu przecież o światopoglądzie i jego roli w ludzkich czynach i aktach. Czy żołnierz ma światopogląd i czy jest to ten sam światopogląd w ciągu całej służby? Powiedzieliśmy, że światopogląd jest tekstem: wyraża go jakiś tekst lub da się go w jakimś tekście wyrazić. Co roku w Krakowie zmorą są grupy młodych ludzi w długich kolorowych pelerynach, którzy opuścili właśnie koszary i wracają “do rezerwy”. Pijani i hałaśliwi suną przez miasto strasząc przechodniów i rycząc na całe gardło swój tekst:

 

Gdy młody żołnierz szedł do cywila,

Krakowskie panny się zeszły,

Z dzieckiem na ręku, z kamieniem w ręku

I na żołnierza czekały...

 

Całkowicie zunifikowani w swej brzydocie fizycznej i etycznej, a przecież są to młodzi chłopcy różnych społecznych, moralnych i światopoglądowych kondycji. Są wśród nich ludzie z zapadłych wsi i miasteczek, ale też z wielkich miast, z porządnych domów, gorliwi katolicy i niedowiarki, z wykształceniem podstawowym, ale też ci, którym nie powiodło się dostać na studia, a być może jeszcze się powiedzie, są wśród nich na pewno przyszłe talenty, może nawet geniusze - polityczne, moralne, techniczne. Teraz idą strasząc przechodniów, jednacy, nierozróżnialni i ryczą obrzydliwą pieśń.

 

Więc jeszcze raz o tekście. Z wielu względów nie jestem w stanie poddać tu analizie języka wojskowego jako swoistego wyrazu “wojskowego światopoglądu”. Krótko tylko problem zasygnalizuję. Zastanawiająca jest pewna ciągłość folkloru wojskowego i wojskowego języka, niezależnie od panującego systemu politycznego i ideologicznego. Można zatem przypuszczać, że wojskowy sposób bycia jest tu pierwotny, wymusza pewne postawy, które znajdują swój wyraz również w języku i folklorze.

 

Dwuletnią służbę wojskową odbywałem w latach 1954 - 56, a więc w “systemie stalinowskim”, właściwie w ostatniej jego fazie, ale nacisk ideologiczny działał jeszcze w pełni. Idąc na ćwiczenia wojsko musi śpiewać w rytm kroków marszowych. Kapral przez wiele dni trudził się nauczyć nas “przyzwoitej” pieśni marszowej o generale Świerczewskim. Pamiętam kilka wersów.

 

Ziemia spadła na ciało.

Ale serce zostało

Na przedmieściach hiszpańskich miast.

Ale serce szło z wojskiem,

Do wolności przez Polskę

A do Polski przez cały świat. Itp.

 

Nic z tego nie wyszło. Kiedy oddział znalazł się na mieście i trzeba było odezwać się pieśnią, żołnierze ryknęli:

 

Bo on do wojska był przynależniony,

A ona jego kochała.

 

Nie wiem skąd wszyscy to znali, ale śpiewaliśmy zgranie. Kiczowatość tego folkloru czasem sięga szczytu, gdzie staje się on wręcz swoistą poezją. Do dziś nucę czasem taką piosenkę, którą zapiszę tu wersami w rytmie marszu na sygnał: trzy, cztery.

 

Szumią wierzby na gór szczycie

A w powietrzu pachnie wiosną.

Cekaemy gdzieś w oddali

Grają sobie pieśń radosną.

 

Tam maszynka

okopana i ukryta

gdzieś w terenie jest.

Tak jak panna zakochana,

Której oczy, jak marzenie.

 

Problemem samym w sobie jest język żołnierski. Nasycony on jest, jak wiadomo, do granic możliwości wulgaryzmami. Kiedy służyłem w wojsku, używanie wulgarnych wyrażeń było oficjalnie zakazane i niby represjonowane. Praktycznie skuteczność tych zakazów była równa zeru. Sprowadzała się ona często do groteskowej reprymendy przełożonego: 

 

Szeregowy Pawluczuk, za wulgarne wyrażanie się dostaniecie zaraz wpierdol.

Język wulgarny sam w sobie jest problemem semantycznym i filozoficznym. Wulgaryzmy dotyczą z reguły obszaru genitaliów i seksu. Semantyka dotycząca tego obszaru w życiu społecznym jest, jak wiadomo, wyraźnie rozdzielona w zależności od kontekstu, w jakim jest używana. Określenia “przyzwoite” na genitalia żeńskie: medycznie - pochwa, raczej etnograficznie - wulwa lub wagina, lirycznie - joni (język Kama Sutry), genitalia męskie - penis, jądra, akt seksualny, jako “stosunek” lub jeszcze bardziej oględnie - sypianie ze sobą, kobieta oddająca się procederze - popularne dziwka, bardziej “techniczne” prostytutka, lub bardziej czule - dziewczyna do towarzystwa. Obok tego funkcjonuje cała rozległa sfera wulgaryzmów. Wyrażają one swoistą postawę i ukryty światopogląd. Pomijając szczegóły o charakterze raczej etnograficznym, zwrócę uwagę na trzy sprawy:

 

1. Wylgaryzm jest metaforą, w sensie, w jakim o metaforze mówi Łotman. Rozbija ona, dekonstruuje zmysłowo doświadczane przedmioty realnego świata, unieważnia jednoznaczną ich tożsamość. Przedmioty określone wulgarnie są nie tylko tym, czym są, ale też czymś zgoła innym. Tego typu zabieg semantyczny, zdaniem Łotmana charakteryzuje język poezji. Brukowy wulgaryzm byłby zatem swoistą, zdegenerowaną odmianą języka poetyckiego.

 

2.Wulgarny język brukowy jest językiem wydzielonym i zakazanym, jest więc faktem, który Durkheim określiłby, jako fakt religijny. Wywołuje też odruchy, które Rudolf Otto przypisuje kontaktom z sacrum: fascynans et tremendum. W normalnym, porządnym towarzystwie wulgaryzmy są często używane przy opowiadaniu tzw. “sprośnych kawałów”. Stwarza to zawsze pewien stan emocjonalnego napięcia, zwłaszcza przy spotkaniach alkoholowych. Bywa moment konsternacji, opowiadający kryguje się, zastanawia się, czasem przeprasza, po wypowiedzeniu wulgarnej sentencji wszystko kończy się z reguły gromkim śmiechem, bardziej subtelne damy udają zawstydzenie, napięcie zostaje rozładowane.

Zatem język wulgarny, mający cechy języka sakralnego, wydaje się być zdegenerowaną formą modlitwy - być może demonicznej, satanistycznej.

 

3. Język wulgarny dotyczy obszaru seksu, organów i instynktów, które scalają w jedną całość tajemnicę narodzin, życia i śmierci. Moc aktu seksualnego jest podstawowym składnikiem większości mitów i obrzędów magicznych. Czysto biologiczny, niczym nieuwarunkowany akt seksualny we wszystkich kulturach podlega takim czy innym restrykcjom, jest jednak wykorzystywany w magii, jako źródło siły mana. Wulgaryzm, jako wyodrębniona sfera języka, podkreśla i wzmacnia tę biologiczność, a zarazem swoistą “maniczność” seksu. Jest zawłaszczeniem tkwiącej w nim magicznej mocy. Sam jest mocą. Jest więc rodzajem zaklęcia. Ta funkcja wulgaryzmów jest szczególnie widoczne w sprzeczkach i . kłótniach. Mocne, wulgarne słowo rzucone w takiej sytuacji, jest jak uderzenie pięścią w twarz, często ma taki właśnie skutek, nierzadko kończy się tragicznie.

 

Wojskowy folklor i wulgarny język wydaje się być tekstem, który wyraża żołnierski “światopogląd”, koherentny z żołnierskim sposobem bycia. Światopogląd ów jest czymś danym, w co młody człowiek zostaje z konieczności wtrącony. Musi zatracić swoją dotychczasową tożsamość - człowieka dobrze wychowanego, o subtelnych manierach, katolika, młodego artysty, buntownika itp.

 

Wulgarny tekst i kiczowaty folklor współgra z żołnierską codziennością i jej swoistym etosem. Prawdziwy żołnierz w każdej sytuacji potrafi sobie poradzić. Chodzi tu, mówiąc po prostu, o kradzież. Nazywa się to “skombinowaniem” czegoś. Po tygodniu czy dwóch miałem pierwszy taki test. Kapral kazał mi rozpalić w piecu. Kiedy skromnie zauważyłem, że nie ma drzewa na podpałkę, odrzekł popularną w wojsku wulgarną odzywką: masz głowę i .uj, to kombinuj.

 

Wiosną znalazłem się na poligonie w grupie, której zadaniem było przygotowanie logistyczne poligonu na przybycie dowództwa i żołnierzy. Oficer zawołał mnie do swego baraku, kazał znów rozpalić w piecu, zabezpieczyć barak w pojemnik na węgiel, w kosz na śmieci. Jako doświadczony już wówczas żołnierz tym razem nie mówiłem, że nie mam ani środków, ani narzędzi do wykonania rozkazu.. Zresztą, sam powiedział szczerze: skombinujcie to jakoś. Inny oficer na spotkaniu z całą grupą powiedział: musimy szybko zbudować to i owo i tu trzeba mieć taką smykałkę - ci którzy pracują w sztabie muszą skombinować trochę gwoździ i narzędzi, bo tu nie mamy.

Zawsze ginęło coś z rzeczy osobistych żołnierza: czapki, plecaki, koce, nawet - płaszcze. Zgłoszenie zguby do dowództwa w zasadzie nie wchodziło w grę. Groziło obciążeniem poszkodowanego kosztami straty, ale nie to było najważniejsze. Najgorsze, że byłoby się tu skasowanym, jako fajtłapa, Szwejk, jak to określano. Należało po stwierdzeniu zguby, szybko takową skombinować.

 

Można w tym miejscu zapytać, co się dzieje z tymi, którzy są zbyt ukształtowani, by się poddać żołnierskiej unifikacji, zbyt porządni, dobrze wychowani, czy też zbyt czupurni i zindywidualizowani. W skrajnych przypadkach popełniają samobójstwo, albo dezercję z bronią w ręku. Podczas mojej służby były dwa samobójstwa i jeden akt szaleństwa z użyciem broni. Są to jednak przypadki sporadyczne, większość poddaje się poniżającej unifikacji i przyjmuje żołnierską tożsamość.

 

W pamięci mojej pozostaje scena z pierwszych rekruckich tygodni. Wraz ze mną powołany został do służby w tej samej kompanii starszy o dwa, może trzy lata mężczyzna. Z zawodu krawiec, miał prywatny zakład gdzieś na Bojarach w Białymstoku, żonaty i dzieciaty. Słowem - poważny już człowiek. Miał jakieś odroczenia i został w końcu powołany, o parę lat już starszy. “Chłopak z Bojar” - w Białymstoku oznacza w szczególny sposób zarysowaną tożsamość podobnie, jak “facet z Pragi” w Warszawie. Jedną z metod uczenia sztuki żołnierskiej wieczorem było mycie nóg, rano zaś - ścielenie łóżka. Wszystko na komendę. Potem doszło siusianie na komendę i inne żołnierskie praktyki. Teraz jednak o myciu nóg. Nogi myło się, co jest oczywiste, na rozkaz i na czas. Potem szybko kładło się do łóżka, przykrywało się kocem. Kapral zarządzał: nóżki do przeglądu...Raz! Ten idiotyczny proceder mógł się powtarzać kilkanaście razy. Kapral dopatrywał się jakichś uchybień w sprawności i jednoczesności odsłonięcia stóp i wystawienia ich na blat łóżka. Potem upatrywał sobie kogoś, u kogo stwierdzał braki w tym obrządku, by pogonić ponownie do łazienki i zacząć wszystko od początku. Dotknęło to właśnie mego znajomego, krawca z Bojar. Człowiek o sprecyzowanej już tożsamości społecznej, zawodowej, po jakichś tam doświadczeniach życiowych, teraz stał w gaciach na baczność przed kapralem i najnormalniej, jak smarkacz, rozpłakał się. Kapral po raz czwarty, czy piąty stwierdził, że żołnierz stopy ma niedokładnie domyte i zaczynał proceder od początku. Kim był wówczas ten dumny krawiec z Bojar w swej tożsamości i jaki był jego światopogląd? Oczywiście, skądinąd wiemy, iż światopoglądem żołnierza jest duma, iż spełnia swój obowiązek służby ojczyźnie i w imię tej sprawy ponosi trudy służby wojskowej. Czy jednak ten światopogląd jest w jakiś sposób obecny u żołnierza, który się rozpłakał po pięciu nieudanych próbach umycia stóp?

Swoista inicjacja do bycia żołnierzem dokonywała się zaraz po przekroczeniu bramy koszar. Zarządzano rozebranie się “do rosołu”, ubranie cywilne składało się do specjalnych worków i stawało się w kolejce do fryzjera. Fryzjerzy w pośpiechu strzygli owłosienie: na głowie, pod pachami i na genitaliach. To ostatnie, jak sądzę, miało szczególne znaczenie psychologiczne, jako pozbawienie młodego człowieka intymnych oznak męskości. Potem łaźnia, wychodzących z łaźni ofukiwano z jakiejś dmuchawy kłębami azotoxu, kapral rzucał na chybił trafił tzw. “sorty”, w które szybko trzeba było się ubrać, Wszystko było, oczywiście, niedopasowane: spodnie za szczupłe, rękawy bluzy za długie, wyglądało się śmiesznie, na placu słyszało się już zachrypły głos oficera: Kompania w dwuszeregu zbiórka!. Niesforna, hałaśliwa, zadziorna banda przekształca się w ciągu kilkudziesięciu minut w pokornych, jak baranki rekrutów. W ciągu kilkudziesięciu minut następuje całkowita deprywacja tożsamości młodych ludzi i towarzyszącego jej światopoglądu. W zunifikowanej, ogolonej masie trudno nawet rozpoznać znajomych i kolegów, którzy jaszcze przed godziną w pociągu byli kimś. Za chwilę poddana zostanie przez kaprali idiotycznemu drylowi, będącym kpiną z godności ludzkiej.

 

Mamy więc do czynienia z widomymi zaburzeniami tożsamości i towarzyszącego jej obrazu samego siebie, którą tu określamy mianem światopoglądu.

Używam tu pojęcia światopoglądu, jako myślowego oglądu własnej tożsamości. Łatwo zauważyć, iż tak rozumiany światopogląd ma niewiele wspólnego z zawartością tego pojęcia w języku niemieckim, polskim, czy rosyjskim, ani też z koncepcją światopoglądu u Dithey’a. Bliższe jest angielskiemu outlook on life, czy francuskiemu point de vue sur la vie. W takim też sensie mówi o światopoglądzie P. Berger, jako o mentalnej zasadzie tożsamości. Ale oto w sposób zasadniczy ulega zmianie sposób życia człowieka. Czy jest on w stanie zachować swą dawną tożsamość, a zatem swój światopogląd? Awansujący na oficera żołnierz u Bergera, pragnie najpierw zachować swą tożsamość “dobrego kumpla”, u nas by się powiedziało: “równego faceta”. Wkrótce jednak ulega nowej formie i przyjmuje ją jako nową swą tożsamość, postępuje zgodnie z przypisaną jego randze etykietą. Do swych doświadczeń ze służby wojskowej jeszcze wrócę w jednym z następnych wykładów. Teraz chciałbym krótko zwrócić uwagę na doniosłość postawionego tu pytania dla zrozumienia mechanizmu dziejów i stanu spraw w dzisiejszym świecie.

 

Otóż, na pytanie o moc sprawczą światopoglądu wobec sposobu bycia nie znajduję jednoznacznej odpowiedzi. Bez trudu mógłbym tu na różnych przykładach wykazać przewagę sposobu bycia nad światopoglądem, jego nieuchronne zwycięstwo w procesie dziejowym. Świadczą o tym historie rewolucji, próby zbudowania różnych utopii, dzieje wielkich zwycięskich religii, dzieje ideologii politycznych i partii politycznych. We wszystkich tych i wielu innych przypadkach prześledzić możemy ten sam lub bardzo podobny mechanizm: wielki ruch społeczny, rewolucyjny, czy religijny rozpoczyna się od dominacji światopoglądu, który często ma charakter mistycznego objawienia i który kształtuje nową rewolucyjną, ideologiczną, czy religijną tożsamość jego zwolenników, by po zwycięstwie stopniowo kapitulować wobec sposobu bycia. Tożsamość komunisty, podobnie zresztą jak tożsamość chrześcijanina, staje się z czasem niewiele znaczącą formą, łatwo ją zresztą zmienić - komunisty na liberała, chrześcijanina na wolnomyśliciela itp. Ewolucja komunizmu jako ideologii jest tu szczególnie interesująca, zajmę się nią jednak szczegółowo w jednym z następnych wykładów. Tu chcę zwrócić uwagę, iż miewamy również przykłady odwrotne.

 

Przykładem takim są dziś talibowie, ściślej - członkowie al Quaidy (Bazy) ben Ladena. Jak wynika z opublikowanych materiałów dotyczących zamachowców-samobójców, mieli oni zalecenie całkowitego wtopienia się w środowisko, w którym działali ze wszystkimi tego skutkami: życia - z punktu widzenia islamu - grzesznego i nieprzyzwoitego: golili brody, jedli wieprzowinę, pili wódkę, chodzili do nocnych klubów, gdzie oglądali nagie dziewczyny itp. W środowisku uchodzili za niczym nie wyróżniających się miłych, sympatycznych młodych mężczyzn, korzystających z życia, ile się da. Nie zmieniło to jednak ani na jotę ich ukrytej głęboko tożsamości muzułmanów gotowych w każdej chwili na śmierć. Śmierć w tym przypadku jest ostatecznym potwierdzeniem tej tożsamości, tożsamości świętego, męczennika za wiarę. Rzeczą zdumiewającą jest, iż nikt z ludzi Ladena nie zdradził go, mimo zaoferowanych przez Amerykanów 25 milionów dolarów na ten cel, nie skusił się zamienić ostatecznego pojednania z Allachem w samobójczej śmierci na pojednanie z Ameryką i życia do końca życia w pełnym uroków amerykańskim raju.

 

Te konstatacje rzucają pewne światło na toczącą się obecnie wojnę “cywilizowanego świata” ze światem islamu

Jest to dziwna wojna. W sensie technicznym najpotężniejsza potęga militarna i gospodarcza świata dysponująca uzbrojeniem zdolnym kilkadziesiąt razy zniszczyć wszelkie życie na naszej planecie, nie posiadającym przeciwnika, który by śmiał otwarcie jej się przeciwstawić na polu walki, otóż potęga ta, Stany Zjednoczone, sprzymierzona z sojusznikami z NATO i z koalicją antyterrotystyczną większości krajów świata wypowiedziała wojnę, czy też znalazła się w stanie wojny z islamskim starcem- chorym na nerki serce i wątrobę, chodzącym o lasce anachoretą, żyjącym w jaskiniach Hindukuszu, czy gdzieś indziej w podobnym krajobrazie. Odżywiającym się korzonkami i pilnie studiującym Koran. Mówi się o garstce terrorystów, których należy zniszczyć, by ostatecznie zapanował pokój i miłość między narodami. Przewaga “świata cywilizowanego” nad garstką źle uzbrojonych, prymitywnych terrorystów wydaje się być druzgocąca. Sprawa wygląda jednak z gruntu odmiennie, jeśli spojrzymy na “uzbrojenie duchowe” stron w tym starciu.

 

Mamy tu bowiem do czynienia ze swoistym “sprzysiężeniem świętych”. Mówiąc o muzułmańskich terrorystach, jako o “świętych”, pojęcia tego używam, rzecz oczywista, w sensie religioznawczym, nie wartościującym. Święty może być świętym nie naszego boga, skierowanego przeciwko nam, może być nawet świętym boga zła, jak na przykład głośny bandyta i genialny pisarz Jan Genet, którego Sartre określił “Swiętym” i tak zatytułował swoją książkę o nim: Saint Genet. Świętą w tym rozumieniu, jest osoba, która odnajduje swą tożsamość w identyfikacji z transcendencją. 

 

Transcendencję z kolei, rozumiem tu jako rzeczywistość “wieczną”, która wykracza poza moją codzienność, poza mój sposób bycia tu i teraz, a jest treścią mojej tożsamości. Tak pojętą transcendencją może być Bóg, ale nie musi. Święty więc zawsze jest człowiekiem ”nie stąd”, nie z tego świata, ten świat bowiem zawsze jest sposobem bycia. Zatem - grą, maską, teatrem. Święty sięga Prawdy, jaką jest transcendencja i całkowicie z nią się identyfikuje. Ostatecznym kryterium, swoistym “opieczętowaniem” tak rozumianej świętości jest gotowość poświęcenia życia transcendencji. W mentalności człowieka Zachodu sprawa przedstawia się prosto: prymitywni muzułmanie uwierzyli, że jeśli zginą w samobójczej śmierci, Allach przyjmie ich od razu na swoje łono do raju. Może i uwierzyli, ale nie o to tu chodzi. W samobójczych aktach ginęli w czasie Drugiej wojny światowej żołnierze Armii Czerwonej, którzy w żadne niebo, ani w żaden raj nie wierzyli, japońscy samuraje, dziś popełniają takie akty muzułmanie, buddyści i hinduiści, gdzie motywacje są o wiele bardziej złożone i mają wymiar ogólnoludzki. Zostawmy jednak te sprawy inna okazję. Tu postawmy pytania bardziej “praktyczne”. 

 

Czy cywilizacja Zachodu jest dziś w stanie wyprodukować jakiekolwiek konkurencyjne postawy świętości? Czy człowiek Zachodu posiada dziś swą tożsamość i jeśli tak, to czym ona jest? Czy człowiek Zachodu posiada dziś jakiś światopogląd i jeśli tak, to czym on jest?

 

Szczegółowo zajmę się tym w jednym z następnych wykładów, tu tylko zamarkuję główne tropy dalszych rozważań. Dzieła poświęcone tej problematyce wskazują na destrukcję podmiotowości człowieka Zachodu, jego tożsamości i jego światopoglądu. Dotyczy to zwłaszcza Ameryki. U Riesmana osobowość współczesnego Amerykanina jest “osobowością radarową”, zorientowaną na panującą modę, zmienną, pozbawioną wewnętrznej busoli. P. Berger pisze, iż zasadą współczesnego człowieka jest wątpienie. “Wydaje się niemal, że człowiek współczesny, a szczególnie wykształcony człowiek współczesny, znajduje się w stanie nieustannego wątpienia co do natury samego siebie i świata, w którym żyje”. “W społeczeństwach nowoczesnych sama tożsamość jest niepewna i zmienna”. Zdaniem Bergera wyrazem teoretycznym tego beztożsamościowego światopoglądu człowieka Zachodu jest właśnie socjologia, ucząca wątpić w intencje i nakazująca szukać ukrytych motywów. Zdaniem Gofmana, społeczeństwo jest grą masek, teatrem. Zdaniem Alaina Renauta wyrazem destrukcji tożsamości człowieka Zachodu jest filozofia. 

Przytacza on obiegowe stwierdzenia “iż rozkwit nauk humanistycznych odbiera człowiekowi wszelką nadzieje na koincydencje z samym sobą”. Jeśli bowiem psychika i jej wolność są jedynie “wybiegiem, po jaki sięgają struktury, aby wniknąć w system”, jeśli to już nie człowiek posiada prawdę, ale prawda (struktury, system) zawiera człowieka w sobie, wówczas “rozpada się wewnętrzność Ja tożsamego z sobą” - jakby sama jego odpowiedniość ze sobą była niemożliwa, jakby wewnętrzność podmiotu nie zamykała się w tym, co wewnętrzne: krótko mówiąc wszystko dzieje się tak, jak gdyby w najwyższym stopniu tożsame Ja, do którego wznosiłaby się utożsamiana tożsamość, uniemożliwiało samemu sobie zetknięcie się ze sobą”. R. Lifton współczesnego człowieka Zachodu nazywa “osobowością proteuszową”. Proteusz, jak wiadomo, jest bogiem znanym z daru przybierania różnych kształtów i postaci. Podobną diagnozę stanu osobowości człowieka Zachodu stawia Gidenss.

 

Wszystko jest grą, wszystko jest maską, wszystko jest teatrem twierdzą socjolodzy i filozofowie. Tak też jest z obecną wojną przeciwko terroryzmowi. Oficjalny dyskurs, który jej towarzyszy jest tak sztuczny i fałszywy, iż trudno uwierzyć, by ktokolwiek z mówców, czy słuchaczy mógł się z nim zidentyfikować inaczej, niż z rolą w teatrze, czy z postawą widza w oglądającego widowisko. Słowa szczere wypowiedziane w pierwszym odruchu natychmiast zostały odwołane. Dociekliwi analitycy natychmiast przystąpili do demaskacji. Wiadomo dlaczego Rosja poparła Amerykę - chce mieć przyzwolenie na swoje działania na Kaukazie. Wiadomo dlaczego Arafat zareagował ostentacyjnym oddaniem krwi na rzecz poszkodowanych Amerykanów, dlaczego potępił zamach terrorystów i Castro i Łukaszenko. Mniej wiadomo dlaczego zachowuje się tak, jak się zachowuje Francja, Włochy, Niemcy, ale też się o tym pisze.

Wszyscy się trochę wystraszyli, ale też się ucieszyli. Nawet w Ameryce. Ludzie interesu zabrali się za masową produkcję pocztówek z Manhattanem, masek gazowych, spadochronów specjalnie przystosowanych do skakania z płonących wieżowców, flag amerykańskich, urn z popiołem WTC. CIA podejrzewa, iż atak bioterrorystyczny jest tym razem dziełem samych Amerykanów. Moi studenci zorganizowali sesją na temat islamu, szybko dostali niezbędne środki, sale i pieniądze. Mój przyjaciel, który napisał książkę o fundamentalizmie, teraz się cieszy, że też szybko dostanie pieniądze i książka wydana zostanie w dużym nakładzie. Generał Petelicki nalega, by polską brygadę antyterrorystyczną Grom wysłać jak najszybciej do Afganistanu. 

W telewizji argumentuje: dbamy o różne reprezentacje sportowe, a tu mamy taką “drużynę” i nie potrafimy tym się pochwalić. Włączyłem radio, słyszę tekst wypowiadany tubowym głosem, takim, jakim reklamuje się kasowe tryllery: Toczy się wojna. Wojna dwudziestego pierwszego wieku. Cywilizowana ludzkość musi zniszczyć zagrażający porządkowi świata terroryzm. Mamy swoich korespondentów we wszystkich częściach świata. Tylko u nas, tylko w radiu X możecie Państwo na bieżąco śledzić te wydarzenia.

 

Muszę tu jeszcze raz skonstatować, o czym mówię. Tożsamość jednostki ludzkiej jest transcendencją i tylko dzięki temu jednostka ta jest w stanie oprzeć się sposobom bycia. Najwyższym miernikiem związku człowieka z transcendencją jest gotowość na bohaterską śmierć. Jest to zatem najwyższy miernik tożsamości osoby i wyrażającego ją światopoglądu. Zachód utracił swą transcendencję, swą wewnętrzną tożsamość i światopogląd, jako regulator faktycznych zachowań. Wszystko toczy się jako potok sposobów bycia. Wszystkiemu brak autentyzmu. Wojnie też.

Kilka słów o filozofii wojny. W drugim swoim wykładzie mówiłem o filozofii wojny u Hegla. Wojna jest wojną na śmierć i życie. Panami zostają ci, którzy ryzykują życiem i godzą się na śmierć. Tak rozumiana wojna scala i cementuje społeczeństwo, staje się jego transcendencją. Niewolnikami zostają ci, którzy stchórzyli i pożałowali życia. Wojnę o panowanie nad postzimnowojennym światem Amerykanie przegrali już dawno - w Zatoce Perskiej, w Somalii, w Jugosławii. Po stronie serbskiej zginęło kilkaset, noże około tysiąca osób, prawie wyłącznie cywili, po stronie amerykańskiej zagrożony był jeden żołnierz, lotnik, który się katapultował z zestrzelonego samolotu. 

Amerykanie pokazali, co potrafią i uratowali go.

 

Rzecznik Bazy w Pakistanie powiedział:

W narodzie muzułmańskim są tysiące ludzi, którzy chcą umrzeć tak bardzo, jak Amerykanie chcą żyć.

Nie wiem, czy ten Pasztun czytał Hegla. Raczej chyba - nie. Ale wiedział, o czym mówi.

 

 KU STRONOM STRYCHOWYM