Skonstatujmy
najpierw dotychczasowe nasze ustalenia.
Światopogląd
jako fakt historiozoficzny pojawia się na gruncie filozofii w obszarze
niemieckojęzycznym wraz z narodzinami nowej idei filozofii, jako Logosu,
jako głosu Absolutu. Filozofia przestaje być metafizyką w ścisłym tego
słowa znaczeniu, przestaje być oglądem świata przedmiotowego przez
ludzki podmiot, staje się wyrazem tegoż podmiotu rozumianego jako odbicie
Absolutu. Głównymi postaciami tego nurtu w filozofii jest Schelling i
Hegel.
Dzięki
Diltheyowi filozofia uzyskuje samoświadomość bycia światopoglądem, a
nie Prawdą, jeśli przez to pojęcie rozumieć chcemy stan spraw Całości
i adekwatność wypowiedzianych zdań do tej Całości. Metafizyka i
filozofia w ogóle jest wyrazem Życia, które jest procesem, a nie stanem
spraw. Jako proces, Życie potrzebuje coraz nowego wyrazu w światopoglądzie.
Światopogląd
rozumiemy jako rodzaj zobiektywizowanego tekstu, który z racji swej
obiektywności może być przekazywany współczesnym i następnym
pokoleniom. Tekst z kolei rozumiemy, jako sekwencję znaków, której sens
jesteśmy w stanie odczytać. Wyróżniliśmy trzy rodzaje tekstów: tekst
doskonały, teksty istotne i teksty banalne. Jeśli przez tekst rozumieć
sekwencję znaków werbalnych, czyli słów i zdań, to tekst doskonały nie
istnieje.
Jego
wyrazem są pozasłowne formy sztuki, obrzędu, ekstazy mistycznej. Do wyrażenia
tekstu doskonałego dążą teksty istotne, teksty banalne służą przełożeniu
tekstu istotnego na język powszechnie zrozumiały i upowszechnieniu go wśród
szerzej publiczności.
Zanim
przejdziemy do właściwej analizy roli światopoglądu w funkcjonowaniu osobowości
i w życiu społecznym, przeanalizować musimy odrębnie kategorie tożsamości,
etniczności i wiary.
Zacznijmy
zatem od pojęcia tożsamości. Na gruncie logiki, to oczywisty - zdawałoby się
dla każdego - aksjomat: A=A. “Każda rzecz jest tym, czym jest i
zgoła niczym innym”. Można go, bez większych wahań, zastosować do
“obiektów” ludzkich: “Jan jest tylko Janem i na pewno nikim
innym”. Jeśli zgodzimy się z wypowiadanym niekiedy poglądem, iż węzłowym,
podstawowym elementem osobowości, jest światopogląd, to można stąd wysnuć
wniosek, iż zasadniczym dla tożsamości Jana, jako osoby, jest jego światopogląd.
Zasada
tożsamości rzeczy była podstawową zasadą logiki arystotelesowskiej, dziś
jest ona kwestionowana przez różne systemy logiki wielowartościowej, która
okazała się, między innymi, bardziej przydatna w opisie rzeczywistości we
współczesnej fizyce. Obiekty opisywane przez fizykę kwantową mogą być tym
czym są, a jednocześnie - czymś zgoła inny. Mogą być i zarazem nie być. Z
kolei opis rzeczywistości człowieka pierwotnego dokonany przez Levi-Bruhla,
czy Eliadego pokazuje, iż przedmioty realnego świata w świadomości
magicznej, czy mitycznej nie zachowują swej tożsamości.
Z
tożsamością rzeczy pozaludzkich możemy od biedy jakoś sobie radzić. Co
prawda żaba-ropucha w świadomości ludowej jest żabą, a jednocześnie babą
wiedźmą, ale my wiemy, że to tylko żaba o określonych cechach opisanych
przez zoologów i nic więcej. Okrągły stół jest co prawda stołem okrągłym,
a jednocześnie symbolem końca komunizmu, ale też wiemy, że to tylko symbol.
Okrągłość stołu w sensie fizycznym da się łatwo zdefiniować. Gorzej z tożsamością
Jana. Zakładamy - słusznie czy nie - że żaba, czy stół w swej istocie
pozostają zawsze takie same, zmienia się tylko nasz punkt widzenia. Z Janem
jest inaczej. Jan może powiedzieć: nie rozumiem, co się wtedy ze mną stało,
brzydzę się samego siebie, gdy poznałem ją, stałem się zupełnie innym człowiekiem,
przeżyłem powtórne narodziny, żyłem w grzechu, teraz żyję w prawdzie, byłem
głupi, teraz zmądrzałem. Itp. Jan sam się przyznaje, że zmieniła się jego
istota, że jest innym człowiekiem. My to widzimy i mówimy: on stał się zupełnie
innym człowiekiem, kiedyś był zupełnie nie taki, nie wiem, co go opętało,
nie poznaję go.
Oczywiście,
podobnie jak w przypadku stołu, czy żaby, możemy potraktować Jana jako
przedmiot w tym świecie. Wówczas jego tożsamość gwarantuje jego kondycja
biologiczna: urodził się u takich to, a takich rodziców, dorastał, dojrzewał,
zmądrzał, czy zgłupiał, potem się zestarzał. Normalna kolej rzeczy. Ale
Jan jest ciągle Janem. Nas tu jednak interesują kłopoty Jana ze swoją tożsamością
i nasze kłopoty z Janem, nie jako istotą biologiczną, ale istotą społeczną,
czy duchową. Jest przecież problem moralno-prawny: czy możemy sądzić Jana
za zbrodnie, skoro wkrótce po tym przejrzał i stał się męczennikiem prawdy
lub sprawiedliwości. Apostoła Pawła nikt nie osądza za zbrodnie przeciw
Chrystusowi popełnione przed nawróceniem.
Można
tu przytaczać skrajne przykłady zaburzeń poczucia tożsamości znane
psychiatrom i teologom. Takim przykładem jest opętanie. Opętanie nie jest
tylko problemem średniowiecza. W Polsce aktualnie działa kilkunastu egzorcystów
mianowanych przez katolickich biskupów i mnóstwo świeckich egzorcysów-amatorów.
I jedni i drudzy nie narzekają na brak pacjentów. Opętany czuje, iż jego
uczuciami, myślami, postępowaniem kieruje jakaś obca siła w nim tkwiąca.
Nie wnikajmy tu w medyczną stronę zagadnienia, chodzi nam bowiem o
stwierdzenie samego fenomenu.
W
naszych czasach bardziej znaczące niż tradycyjne opętanie, rozumiane jako
opanowanie jaźni przez diabła, demona, czy ducha - stało się nowe zjawisko
określane skrótowo jako “porwanie”. Zjawisko to kojarzone
potocznie z porwaniem, czy uprowadzeniem ludzi przez istoty pozaziemskie ze
statków UFO. W artystycznej formie przekazał to Spilberg w głośnym filmie
Bliskie spotkanie III stopnia. O ile jednak UFO możemy traktować jako
rodzaj mitologii współczesnej, to doświadczenia “porwania” jest
faktem psychicznym, psychiatrycznym i społecznym traktowanym przez specjalistów
z całą powagą. Działają w świecie stowarzyszenia porwanych, wydawane są
czasopisma, powstają nowe “uficzne” religie, opracowywane są
systemy terapii dla osób dotkniętych tym doświadczeniem. Dla nas w tym
miejscu ważne jest to, iż mamy do czynienia ze swoistym doświadczeniem, które
przerywa poczucie tożsamości podmiotu ludzkiego. Człowiek czuje się kimś
innym - kosmitem, istotą pozaziemską, wybrańcem kosmicznych energii, albo też
człowiekiem, któremu wmontowano “implant” i istoty pozaziemskie
obserwują go i kierują jego postępowaniem. Doświadczenie to może też być
pozbawione tych uficznych fantazji związane jednak z poczuciem czegoś bardzo
niezwykłego, zaburzeniami czasu i przestrzeni, bliską obecnością jakieś
tajemniczej osoby, czy siły. Oto przykład wzięty z książki J. Spencera,
kolekcjonera i badacza tych fenomenów. Niejaki James z żoną rozbili
obozowisko w Dorset. W środku nocy zmuszony potrzebą fizjologiczną wyszedł z
namiotu i zobaczył kogoś, kto początkowo przypominał rolnika pracującego na
polu w otoczce pomarańczowego światła. Pomyślał, że to mało prawdopodobne
i obudził żonę, by pokazać dziwne zjawisko. Była godzina 2.55 nad ranem. Żona
powiedziała, że pójdzie po aparat, żeby to sfotografować. Kiedy obróciła
się zobaczyła wschodzące słońce. Był ranek. Przepadły gdzieś dwie i pół
godziny. Zdarzenie to w zasadniczy sposób odmieniło ich samych.
Z
medycznego punktu widzenia tego typu zaburzenia tożsamości obserwujemy w
schizofrenii. A Kępiński pisał o schizofrenikach:
“Przestaje
się już być sobą, znika poczucie ciągłości, konieczne dla zachowania
poczucia tożsamości. “Umarł dawny człowiek, rodzi się nowy” i
nie jest to poetycka metafora, ale rzeczywistość. Chory czuje, że nie jest
tym, kim był, że coś zasadniczego w nim się zmieniło”
“
Chory staje się prześladowanym, zdobywcą świata, świętym, diabłem, Bogiem
itp. Zachowuje się odpowiednio do nowej roli ujawnionej mu w chorobie i
odpowiednio do niej wszystko przeżywa.”
Podobnie
w cyklofrenii. Podczas ataków depresji chory nie może zrozumieć innych cieszących
się życiem, ale też samego siebie sprzed kilku dni. Kępiński pisze:
“Ludzie
poruszający się w jasności dnia rażą swoim głupim śmiechem, swoimi
maskami, pozorna zabawą, drażni koloryt życia, pod nim chory wyczuwa ciemność
nocy, uważa go za sztuczny”
Skrajnym
przykładem zmiany tożsamości jest transwestyta - osobnik, który zmienił płeć.
Można
jednak mnożyć przykłady bardziej “normalne” zmiany tożsamości:
różne formy ekstazy religijnej i pozareligijnej, zauroczenie, agresja,
psychoza tłumu, upojenie, odmienne stany świadomości itp. Całą gamę przykładów
wewnętrznej antynomii ludzi twórczych przedstawia Lombrozo w swym głośnym
dziele Geniusz i obłąkanie. Przytoczmy tu fragment z tego dzieła:
“
Tasso deklamował przeciw życiu dworskiemu, a tymczasem do samego zgonu żebrał
łask pańskich. Rousseau niby tak czuły, porzucił obojętnie kobietę, która
go kochała i osypała dobrodziejstwami, porzucił własne dzieci, spotwarzał
innych, a nawet siebie, i trzykrotnie stał się odstępcą, wyrzekając się
najpierw religii katolickiej, potem protestanckiej, wreszcie, co gorsza, swego
filozoficznego wyznania wiary. Swift, ksiądz, napisał rozpustną opowieść o
miłostkach Strafona i Chloe, oczerniał religię, której był kapłanem; dumny
aż do obłędu - spędzał całe dnie w towarzystwie woźniców. Schopenhauer
powstawał przeciw kobietom i jednocześnie był ich gorącym wielbicielem, mówił
o szczęśliwości niebytu (nirwana), a przepowiadał sobie sto lat życia.”
Lombrozo
traktuje to, jako przejaw obłąkania. W jego czasach było to przywilejem
geniuszy. Dziś możemy powiedzieć, iż dziś każdy normalny człowiek musi być
obłąkany w sensie, o jakim mówi Lombrozo , musi być przygotowany na różne
wersje samego siebie, inaczej może bowiem być łatwo przez życie zdruzgotany.
Tak uczą nas dziś różne poradniki udanego życia.
Dotykamy
tu złożonego problemu struktury i istoty naszego Ja. Na pierwszy rzut oka nie
ma nic prostszego i bardziej oczywistego, niż moje ja. We wszystkich językach
świata występuje zaimek ja i jest on jednym z podstawowych wyrazów.
Zaimek ten ma jednak sens dialogowy, służy odróżnieniu ja od nie-ja.
(Ja to, a oni tamto, ja tobie, a ty mnie itd.) Kłopot zaczyna się, gdy
spojrzymy inaczej: ja wobec mnie, czy ja wobec mego Ja.
W
dyskursie z innym Ja jest jednością. Duszę identyfikuje się z osobą ludzką,
Ja identyfikuje się często z duszą. Mówi się czasem: To miasteczko liczy
około tysiąca dusz. U ludów pierwotnych człowiek może mieć jednak
kilka dusz. Ale Melanezyjczyk, który ma aż siedem dusz, w kłótni z innym
Malanezyjczykiem nie powie: obraziłeś moją piątą duszę. Ja Melanezyjczyka
jest czymś innym niż jego dusze. Ale również w języku polskim mówić mogę
o “duszy mojej”, jako o czymś zewnętrznym wobec mego Ja. Staf mówił:
Jesień
przyjść musi, duszo moja - to daremne.
Patrzysz
na mnie z przeczącą niewiarą w uśmiechu.
A
jednak przyjdzie, chociaż zwolna, bez pośpiechu.
Pogodna
słodka, złocąc skośnie źdźbła przyziemne.
Zatrzymajmy
się chwilę przy tej wielości dusz. Jung źródła idei duszy i ducha skłonny
jest widzieć w wewnętrznym pluralizmie psychiki ludzkiej. Składa się ona według
Junga z oddzielnych części zwanych przez niego autonomicznymi kompleksami.
“Według
tej teorii - pisze Jung - kompleks “ja” stanowi centrum naszej
psychiki. Jest on jednak tylko jednym z różnych jej kompleksów. Inne
kompleksy częściej lub rzadziej występują w skojarzeniu z kompleksem
“ja” i w ten sposób zostają uświadomione. Jednakże mogą one również
istnieć przez dłuższy czas nie wchodząc w skojarzenie z “ja”.
Jung
jako przykład przytacza nawrócenia św. Pawła. Święty Paweł, zdaniem
Junga, dawno, już przed nawróceniem był chrześcijaninem. Paweł-chrześcijanin
był jednak owym autonomicznym kompleksem, który nie przeniknął jeszcze do świadomości,
nie stał się częścią jaźni. Święty Paweł, kiedy nie był jeszcze świętym
Pawłem, ale Szawlem, rzymskim oprawcą, gorliwie i zawzięcie prześladował
chrześcijan, wiązał kobiety i dzieci, wtrącał do więzienia, żądał kary
śmierci - prawdopodobnie przez ukrzyżowanie. W tym właśnie celu jechał z
Jerozolimy do Damaszku. Jung twierdzi, iż Szawel tak gorliwie i zawzięcie prześladował
chrześcijan, ponieważ sam już był w pewnym sensie chrześcijaninem, a być
nim nie chciał. Nie dopuszczał tego do swej świadomości. Walcząc z chrześcijanami,
walczył z samym sobą. To bardzo interesujący trop. Do niego jeszcze wrócę.
Przytoczę
tu przykład zmiany tożsamości który przytacza Peter Berger :
“Człowiek
dopiero co awansowany do stopnia oficerskiego, zwłaszcza, gdy rozpoczął służbę
od szeregowca, będzie z początku nieco zakłopotany honorami oddawanymi mu
przez napotkanych żołnierzy. Prawdopodobnie odpowie im w przyjazny, prawie
przepraszający sposób. Nowe dystynkcje na jego mundurze są w tym momencie
jedynie czymś, co po prostu włożył, prawie jak przebranie. Co więcej, świeżo
upieczony oficer może nawet przekonywać siebie i innych, że pod mundurem jest
on nadal tą samą osobą, że ma tylko nowe obowiązki (pośród których
znajduje się obowiązek przyjmowania honorów żołnierzy). Ta postawa raczej
nie utrzyma się długo.”
Niebawem
oficer całkowicie identyfikuje się ze swoją rolą i przypadek nieoddanie
honoru na ulicy przez niższego stopniem traktuje jako głęboką obrazę
osobistą i wyciągnie z tego należne konsekwencje. Oficer, który zachowywałby
dłużej dystans do swej roli oficera byłby, zdaniem Bergera, marnym oficerem.
Wojsko
rzeczywiście jest dobrym przykładem kłopotów z tożsamością, wie o tym każdy,
kto służył w wojsku - zwłaszcza w wojsku “starej daty”. Ale i
dziś jest zastanawiające zjawisko tzw. “fali” - jak to jest, że młody
człowiek będący ofiarą wojskowego terroru, bez problemów i z lubością
przekształca się w oprawcę i kata młodszych o rok kolegów?
Mowa
tu przecież o światopoglądzie i jego roli w ludzkich czynach i aktach. Czy żołnierz
ma światopogląd i czy jest to ten sam światopogląd w ciągu całej służby?
Powiedzieliśmy, że światopogląd jest tekstem: wyraża go jakiś tekst lub da
się go w jakimś tekście wyrazić. Co roku w Krakowie zmorą są grupy młodych
ludzi w długich kolorowych pelerynach, którzy opuścili właśnie koszary i
wracają “do rezerwy”. Pijani i hałaśliwi suną przez miasto
strasząc przechodniów i rycząc na całe gardło swój tekst:
Gdy
młody żołnierz szedł do cywila,
Krakowskie
panny się zeszły,
Z
dzieckiem na ręku, z kamieniem w ręku
I
na żołnierza czekały...
Całkowicie
zunifikowani w swej brzydocie fizycznej i etycznej, a przecież są to młodzi
chłopcy różnych społecznych, moralnych i światopoglądowych kondycji. Są wśród
nich ludzie z zapadłych wsi i miasteczek, ale też z wielkich miast, z porządnych
domów, gorliwi katolicy i niedowiarki, z wykształceniem podstawowym, ale też
ci, którym nie powiodło się dostać na studia, a być może jeszcze się
powiedzie, są wśród nich na pewno przyszłe talenty, może nawet geniusze -
polityczne, moralne, techniczne. Teraz idą strasząc przechodniów, jednacy,
nierozróżnialni i ryczą obrzydliwą pieśń.
Więc
jeszcze raz o tekście. Z wielu względów nie jestem w stanie poddać tu
analizie języka wojskowego jako swoistego wyrazu “wojskowego światopoglądu”.
Krótko tylko problem zasygnalizuję. Zastanawiająca jest pewna ciągłość
folkloru wojskowego i wojskowego języka, niezależnie od panującego systemu
politycznego i ideologicznego. Można zatem przypuszczać, że wojskowy sposób
bycia jest tu pierwotny, wymusza pewne postawy, które znajdują swój wyraz również
w języku i folklorze.
Dwuletnią
służbę wojskową odbywałem w latach 1954 - 56, a więc w “systemie
stalinowskim”, właściwie w ostatniej jego fazie, ale nacisk ideologiczny
działał jeszcze w pełni. Idąc na ćwiczenia wojsko musi śpiewać w rytm
kroków marszowych. Kapral przez wiele dni trudził się nauczyć nas
“przyzwoitej” pieśni marszowej o generale Świerczewskim. Pamiętam
kilka wersów.
Ziemia
spadła na ciało.
Ale
serce zostało
Na
przedmieściach hiszpańskich miast.
Ale
serce szło z wojskiem,
Do
wolności przez Polskę
A
do Polski przez cały świat. Itp.
Nic
z tego nie wyszło. Kiedy oddział znalazł się na mieście i trzeba było
odezwać się pieśnią, żołnierze ryknęli:
Bo
on do wojska był przynależniony,
A
ona jego kochała.
Nie
wiem skąd wszyscy to znali, ale śpiewaliśmy zgranie. Kiczowatość tego
folkloru czasem sięga szczytu, gdzie staje się on wręcz swoistą poezją. Do
dziś nucę czasem taką piosenkę, którą zapiszę tu wersami w rytmie marszu
na sygnał: trzy, cztery.
Szumią
wierzby na gór szczycie
A
w powietrzu pachnie wiosną.
Cekaemy
gdzieś w oddali
Grają
sobie pieśń radosną.
Tam
maszynka
okopana
i ukryta
gdzieś
w terenie jest.
Tak
jak panna zakochana,
Której
oczy, jak marzenie.
Problemem
samym w sobie jest język żołnierski. Nasycony on jest, jak wiadomo, do granic
możliwości wulgaryzmami. Kiedy służyłem w wojsku, używanie wulgarnych wyrażeń
było oficjalnie zakazane i niby represjonowane. Praktycznie skuteczność tych
zakazów była równa zeru. Sprowadzała się ona często do groteskowej
reprymendy przełożonego:
Szeregowy
Pawluczuk, za wulgarne wyrażanie się dostaniecie zaraz wpierdol.
Język
wulgarny sam w sobie jest problemem semantycznym i filozoficznym. Wulgaryzmy
dotyczą z reguły obszaru genitaliów i seksu. Semantyka dotycząca tego
obszaru w życiu społecznym jest, jak wiadomo, wyraźnie rozdzielona w zależności
od kontekstu, w jakim jest używana. Określenia “przyzwoite” na
genitalia żeńskie: medycznie - pochwa, raczej etnograficznie - wulwa lub
wagina, lirycznie - joni (język Kama Sutry), genitalia męskie - penis, jądra,
akt seksualny, jako “stosunek” lub jeszcze bardziej oględnie -
sypianie ze sobą, kobieta oddająca się procederze - popularne dziwka,
bardziej “techniczne” prostytutka, lub bardziej czule - dziewczyna
do towarzystwa. Obok tego funkcjonuje cała rozległa sfera wulgaryzmów. Wyrażają
one swoistą postawę i ukryty światopogląd. Pomijając szczegóły o
charakterze raczej etnograficznym, zwrócę uwagę na trzy sprawy:
1.
Wylgaryzm jest metaforą, w sensie, w jakim o metaforze mówi Łotman. Rozbija
ona, dekonstruuje zmysłowo doświadczane przedmioty realnego świata, unieważnia
jednoznaczną ich tożsamość. Przedmioty określone wulgarnie są nie tylko
tym, czym są, ale też czymś zgoła innym. Tego typu zabieg semantyczny,
zdaniem Łotmana charakteryzuje język poezji. Brukowy wulgaryzm byłby zatem
swoistą, zdegenerowaną odmianą języka poetyckiego.
2.Wulgarny
język brukowy jest językiem wydzielonym i zakazanym, jest więc faktem, który
Durkheim określiłby, jako fakt religijny. Wywołuje też odruchy, które
Rudolf Otto przypisuje kontaktom z sacrum: fascynans et tremendum. W
normalnym, porządnym towarzystwie wulgaryzmy są często używane przy
opowiadaniu tzw. “sprośnych kawałów”. Stwarza to zawsze pewien
stan emocjonalnego napięcia, zwłaszcza przy spotkaniach alkoholowych. Bywa
moment konsternacji, opowiadający kryguje się, zastanawia się, czasem
przeprasza, po wypowiedzeniu wulgarnej sentencji wszystko kończy się z reguły
gromkim śmiechem, bardziej subtelne damy udają zawstydzenie, napięcie zostaje
rozładowane.
Zatem
język wulgarny, mający cechy języka sakralnego, wydaje się być zdegenerowaną
formą modlitwy - być może demonicznej, satanistycznej.
3.
Język wulgarny dotyczy obszaru seksu, organów i instynktów, które scalają w
jedną całość tajemnicę narodzin, życia i śmierci. Moc aktu seksualnego
jest podstawowym składnikiem większości mitów i obrzędów magicznych.
Czysto biologiczny, niczym nieuwarunkowany akt seksualny we wszystkich kulturach
podlega takim czy innym restrykcjom, jest jednak wykorzystywany w magii, jako źródło
siły mana. Wulgaryzm, jako wyodrębniona sfera języka, podkreśla i wzmacnia tę
biologiczność, a zarazem swoistą “maniczność” seksu. Jest zawłaszczeniem
tkwiącej w nim magicznej mocy. Sam jest mocą. Jest więc rodzajem zaklęcia.
Ta funkcja wulgaryzmów jest szczególnie widoczne w sprzeczkach i . kłótniach.
Mocne, wulgarne słowo rzucone w takiej sytuacji, jest jak uderzenie pięścią
w twarz, często ma taki właśnie skutek, nierzadko kończy się tragicznie.
Wojskowy
folklor i wulgarny język wydaje się być tekstem, który wyraża żołnierski
“światopogląd”, koherentny z żołnierskim sposobem bycia. Światopogląd
ów jest czymś danym, w co młody człowiek zostaje z konieczności wtrącony.
Musi zatracić swoją dotychczasową tożsamość - człowieka dobrze
wychowanego, o subtelnych manierach, katolika, młodego artysty, buntownika itp.
Wulgarny
tekst i kiczowaty folklor współgra z żołnierską codziennością i jej
swoistym etosem. Prawdziwy żołnierz w każdej sytuacji potrafi sobie poradzić.
Chodzi tu, mówiąc po prostu, o kradzież. Nazywa się to
“skombinowaniem” czegoś. Po tygodniu czy dwóch miałem pierwszy
taki test. Kapral kazał mi rozpalić w piecu. Kiedy skromnie zauważyłem, że
nie ma drzewa na podpałkę, odrzekł popularną w wojsku wulgarną odzywką: masz
głowę i .uj, to kombinuj.
Wiosną
znalazłem się na poligonie w grupie, której zadaniem było przygotowanie
logistyczne poligonu na przybycie dowództwa i żołnierzy. Oficer zawołał
mnie do swego baraku, kazał znów rozpalić w piecu, zabezpieczyć barak w
pojemnik na węgiel, w kosz na śmieci. Jako doświadczony już wówczas żołnierz
tym razem nie mówiłem, że nie mam ani środków, ani narzędzi do wykonania
rozkazu.. Zresztą, sam powiedział szczerze: skombinujcie to jakoś. Inny
oficer na spotkaniu z całą grupą powiedział: musimy szybko zbudować to i
owo i tu trzeba mieć taką smykałkę - ci którzy pracują w sztabie
muszą skombinować trochę gwoździ i narzędzi, bo tu nie mamy.
Zawsze
ginęło coś z rzeczy osobistych żołnierza: czapki, plecaki, koce, nawet - płaszcze.
Zgłoszenie zguby do dowództwa w zasadzie nie wchodziło w grę. Groziło obciążeniem
poszkodowanego kosztami straty, ale nie to było najważniejsze. Najgorsze, że
byłoby się tu skasowanym, jako fajtłapa, Szwejk, jak to określano.
Należało po stwierdzeniu zguby, szybko takową skombinować.
Można
w tym miejscu zapytać, co się dzieje z tymi, którzy są zbyt ukształtowani,
by się poddać żołnierskiej unifikacji, zbyt porządni, dobrze wychowani, czy
też zbyt czupurni i zindywidualizowani. W skrajnych przypadkach popełniają
samobójstwo, albo dezercję z bronią w ręku. Podczas mojej służby były dwa
samobójstwa i jeden akt szaleństwa z użyciem broni. Są to jednak przypadki
sporadyczne, większość poddaje się poniżającej unifikacji i przyjmuje żołnierską
tożsamość.
W
pamięci mojej pozostaje scena z pierwszych rekruckich tygodni. Wraz ze mną
powołany został do służby w tej samej kompanii starszy o dwa, może trzy
lata mężczyzna. Z zawodu krawiec, miał prywatny zakład gdzieś na Bojarach w
Białymstoku, żonaty i dzieciaty. Słowem - poważny już człowiek. Miał
jakieś odroczenia i został w końcu powołany, o parę lat już starszy.
“Chłopak z Bojar” - w Białymstoku oznacza w szczególny sposób
zarysowaną tożsamość podobnie, jak “facet z Pragi” w Warszawie.
Jedną z metod uczenia sztuki żołnierskiej wieczorem było mycie nóg, rano zaś
- ścielenie łóżka. Wszystko na komendę. Potem doszło siusianie na komendę
i inne żołnierskie praktyki. Teraz jednak o myciu nóg. Nogi myło się, co
jest oczywiste, na rozkaz i na czas. Potem szybko kładło się do łóżka,
przykrywało się kocem. Kapral zarządzał: nóżki do przeglądu...Raz! Ten
idiotyczny proceder mógł się powtarzać kilkanaście razy. Kapral dopatrywał
się jakichś uchybień w sprawności i jednoczesności odsłonięcia stóp i
wystawienia ich na blat łóżka. Potem upatrywał sobie kogoś, u kogo
stwierdzał braki w tym obrządku, by pogonić ponownie do łazienki i zacząć
wszystko od początku. Dotknęło to właśnie mego znajomego, krawca z Bojar.
Człowiek o sprecyzowanej już tożsamości społecznej, zawodowej, po jakichś
tam doświadczeniach życiowych, teraz stał w gaciach na baczność przed
kapralem i najnormalniej, jak smarkacz, rozpłakał się. Kapral po raz czwarty,
czy piąty stwierdził, że żołnierz stopy ma niedokładnie domyte i zaczynał
proceder od początku. Kim był wówczas ten dumny krawiec z Bojar w swej tożsamości
i jaki był jego światopogląd? Oczywiście, skądinąd wiemy, iż światopoglądem
żołnierza jest duma, iż spełnia swój obowiązek służby ojczyźnie i w imię
tej sprawy ponosi trudy służby wojskowej. Czy
jednak ten światopogląd jest w jakiś sposób obecny u żołnierza, który się
rozpłakał po pięciu nieudanych próbach umycia stóp?
Swoista
inicjacja do bycia żołnierzem dokonywała się zaraz po przekroczeniu bramy
koszar. Zarządzano rozebranie się “do rosołu”, ubranie cywilne składało
się do specjalnych worków i stawało się w kolejce do fryzjera. Fryzjerzy w
pośpiechu strzygli owłosienie: na głowie, pod pachami i na genitaliach. To
ostatnie, jak sądzę, miało szczególne znaczenie psychologiczne, jako
pozbawienie młodego człowieka intymnych oznak męskości. Potem łaźnia,
wychodzących z łaźni ofukiwano z jakiejś dmuchawy kłębami azotoxu, kapral
rzucał na chybił trafił tzw. “sorty”, w które szybko trzeba było
się ubrać, Wszystko było, oczywiście, niedopasowane: spodnie za szczupłe, rękawy
bluzy za długie, wyglądało się śmiesznie, na placu słyszało się już
zachrypły głos oficera: Kompania w dwuszeregu zbiórka!. Niesforna, hałaśliwa,
zadziorna banda przekształca się w ciągu kilkudziesięciu minut w pokornych,
jak baranki rekrutów. W ciągu kilkudziesięciu minut następuje całkowita
deprywacja tożsamości młodych ludzi i towarzyszącego jej światopoglądu. W
zunifikowanej, ogolonej masie trudno nawet rozpoznać znajomych i kolegów, którzy
jaszcze przed godziną w pociągu byli kimś. Za chwilę poddana zostanie przez
kaprali idiotycznemu drylowi, będącym kpiną z godności ludzkiej.
Mamy
więc do czynienia z widomymi zaburzeniami tożsamości i towarzyszącego jej
obrazu samego siebie, którą tu określamy mianem światopoglądu.
Używam
tu pojęcia światopoglądu, jako myślowego oglądu własnej tożsamości. Łatwo
zauważyć, iż tak rozumiany światopogląd ma niewiele wspólnego z zawartością
tego pojęcia w języku niemieckim, polskim, czy rosyjskim, ani też z koncepcją
światopoglądu u Dithey’a. Bliższe jest angielskiemu outlook on life,
czy francuskiemu point de vue sur la vie. W takim też sensie mówi o
światopoglądzie P. Berger, jako o mentalnej zasadzie tożsamości. Ale oto w
sposób zasadniczy ulega zmianie sposób życia człowieka. Czy jest on w stanie
zachować swą dawną tożsamość, a zatem swój światopogląd? Awansujący na
oficera żołnierz u Bergera, pragnie najpierw zachować swą tożsamość
“dobrego kumpla”, u nas by się powiedziało: “równego
faceta”. Wkrótce jednak ulega nowej formie i przyjmuje ją jako nową swą
tożsamość, postępuje zgodnie z przypisaną jego randze etykietą. Do swych
doświadczeń ze służby wojskowej jeszcze wrócę w jednym z następnych wykładów.
Teraz chciałbym krótko zwrócić uwagę na doniosłość postawionego tu
pytania dla zrozumienia mechanizmu dziejów i stanu spraw w dzisiejszym świecie.
Otóż,
na pytanie o moc sprawczą światopoglądu wobec sposobu bycia nie znajduję
jednoznacznej odpowiedzi. Bez trudu mógłbym tu na różnych przykładach
wykazać przewagę sposobu bycia nad światopoglądem, jego nieuchronne zwycięstwo
w procesie dziejowym. Świadczą o tym historie rewolucji, próby zbudowania różnych
utopii, dzieje wielkich zwycięskich religii, dzieje ideologii politycznych i
partii politycznych. We wszystkich tych i wielu innych przypadkach prześledzić
możemy ten sam lub bardzo podobny mechanizm: wielki ruch społeczny,
rewolucyjny, czy religijny rozpoczyna się od dominacji światopoglądu, który
często ma charakter mistycznego objawienia i który kształtuje nową
rewolucyjną, ideologiczną, czy religijną tożsamość jego zwolenników, by
po zwycięstwie stopniowo kapitulować wobec sposobu bycia. Tożsamość
komunisty, podobnie zresztą jak tożsamość chrześcijanina, staje się z
czasem niewiele znaczącą formą, łatwo ją zresztą zmienić - komunisty na
liberała, chrześcijanina na wolnomyśliciela itp. Ewolucja komunizmu jako
ideologii jest tu szczególnie interesująca, zajmę się nią jednak szczegółowo
w jednym z następnych wykładów. Tu chcę zwrócić uwagę, iż miewamy również
przykłady odwrotne.
Przykładem
takim są dziś talibowie, ściślej - członkowie al Quaidy (Bazy) ben Ladena.
Jak wynika z opublikowanych materiałów dotyczących zamachowców-samobójców,
mieli oni zalecenie całkowitego wtopienia się w środowisko, w którym działali
ze wszystkimi tego skutkami: życia - z punktu widzenia islamu - grzesznego i
nieprzyzwoitego: golili brody, jedli wieprzowinę, pili wódkę, chodzili do
nocnych klubów, gdzie oglądali nagie dziewczyny itp. W środowisku uchodzili
za niczym nie wyróżniających się miłych, sympatycznych młodych mężczyzn,
korzystających z życia, ile się da. Nie zmieniło to jednak ani na jotę ich
ukrytej głęboko tożsamości muzułmanów gotowych w każdej chwili na śmierć.
Śmierć w tym przypadku jest ostatecznym potwierdzeniem tej tożsamości, tożsamości
świętego, męczennika za wiarę. Rzeczą zdumiewającą jest, iż nikt z ludzi
Ladena nie zdradził go, mimo zaoferowanych przez Amerykanów 25 milionów dolarów
na ten cel, nie skusił się zamienić ostatecznego pojednania z Allachem w
samobójczej śmierci na pojednanie z Ameryką i życia do końca życia w pełnym
uroków amerykańskim raju.
Te
konstatacje rzucają pewne światło na toczącą się obecnie wojnę
“cywilizowanego świata” ze światem islamu
Jest
to dziwna wojna. W sensie technicznym najpotężniejsza potęga militarna i
gospodarcza świata dysponująca uzbrojeniem zdolnym kilkadziesiąt razy
zniszczyć wszelkie życie na naszej planecie, nie posiadającym przeciwnika, który
by śmiał otwarcie jej się przeciwstawić na polu walki, otóż potęga ta,
Stany Zjednoczone, sprzymierzona z sojusznikami z NATO i z koalicją
antyterrotystyczną większości krajów świata wypowiedziała wojnę, czy też
znalazła się w stanie wojny z islamskim starcem- chorym na nerki serce i wątrobę,
chodzącym o lasce anachoretą, żyjącym w jaskiniach Hindukuszu, czy gdzieś
indziej w podobnym krajobrazie. Odżywiającym się korzonkami i pilnie studiującym
Koran. Mówi się o garstce terrorystów, których należy zniszczyć, by
ostatecznie zapanował pokój i miłość między narodami. Przewaga “świata
cywilizowanego” nad garstką źle uzbrojonych, prymitywnych terrorystów
wydaje się być druzgocąca. Sprawa wygląda jednak z gruntu odmiennie, jeśli
spojrzymy na “uzbrojenie duchowe” stron w tym starciu.
Mamy
tu bowiem do czynienia ze swoistym “sprzysiężeniem świętych”. Mówiąc
o muzułmańskich terrorystach, jako o “świętych”, pojęcia tego używam,
rzecz oczywista, w sensie religioznawczym, nie wartościującym. Święty może
być świętym nie naszego boga, skierowanego przeciwko nam, może być nawet świętym
boga zła, jak na przykład głośny bandyta i genialny pisarz Jan Genet, którego
Sartre określił “Swiętym” i tak zatytułował swoją książkę o
nim: Saint Genet. Świętą w tym rozumieniu, jest osoba, która
odnajduje swą tożsamość w identyfikacji z transcendencją.
Transcendencję
z kolei, rozumiem tu jako rzeczywistość “wieczną”, która
wykracza poza moją codzienność, poza mój sposób bycia tu i teraz, a jest
treścią mojej tożsamości. Tak pojętą transcendencją może być Bóg, ale
nie musi. Święty więc zawsze jest człowiekiem ”nie stąd”, nie z
tego świata, ten świat bowiem zawsze jest sposobem bycia. Zatem - grą, maską,
teatrem. Święty sięga Prawdy, jaką jest transcendencja i całkowicie z nią
się identyfikuje. Ostatecznym kryterium, swoistym “opieczętowaniem”
tak rozumianej świętości jest gotowość poświęcenia życia transcendencji.
W mentalności człowieka Zachodu sprawa przedstawia się prosto: prymitywni
muzułmanie uwierzyli, że jeśli zginą w samobójczej śmierci, Allach
przyjmie ich od razu na swoje łono do raju. Może i uwierzyli, ale nie o to tu
chodzi. W samobójczych aktach ginęli w czasie Drugiej wojny światowej żołnierze
Armii Czerwonej, którzy w żadne niebo, ani w żaden raj nie wierzyli, japońscy
samuraje, dziś popełniają takie akty muzułmanie, buddyści i hinduiści,
gdzie motywacje są o wiele bardziej złożone i mają wymiar ogólnoludzki.
Zostawmy jednak te sprawy inna okazję. Tu postawmy pytania bardziej
“praktyczne”.
Czy
cywilizacja Zachodu jest dziś w stanie wyprodukować jakiekolwiek konkurencyjne
postawy świętości? Czy człowiek Zachodu posiada dziś swą tożsamość i jeśli
tak, to czym ona jest? Czy człowiek Zachodu posiada dziś jakiś światopogląd
i jeśli tak, to czym on jest?
Szczegółowo
zajmę się tym w jednym z następnych wykładów, tu tylko zamarkuję główne
tropy dalszych rozważań. Dzieła poświęcone tej problematyce wskazują na
destrukcję podmiotowości człowieka Zachodu, jego tożsamości i jego światopoglądu.
Dotyczy to zwłaszcza Ameryki. U Riesmana osobowość współczesnego
Amerykanina jest “osobowością radarową”, zorientowaną na panującą
modę, zmienną, pozbawioną wewnętrznej busoli. P. Berger pisze, iż zasadą
współczesnego człowieka jest wątpienie. “Wydaje się niemal, że człowiek
współczesny, a szczególnie wykształcony człowiek współczesny, znajduje się
w stanie nieustannego wątpienia co do natury samego siebie i świata, w którym
żyje”. “W społeczeństwach nowoczesnych sama tożsamość jest
niepewna i zmienna”. Zdaniem Bergera wyrazem teoretycznym tego beztożsamościowego
światopoglądu człowieka Zachodu jest właśnie socjologia, ucząca wątpić w
intencje i nakazująca szukać ukrytych motywów. Zdaniem Gofmana, społeczeństwo
jest grą masek, teatrem. Zdaniem Alaina Renauta wyrazem destrukcji tożsamości
człowieka Zachodu jest filozofia.
Przytacza
on obiegowe stwierdzenia “iż rozkwit nauk humanistycznych odbiera człowiekowi
wszelką nadzieje na koincydencje z samym sobą”. Jeśli bowiem psychika i
jej wolność są jedynie “wybiegiem, po jaki sięgają struktury, aby
wniknąć w system”, jeśli to już nie człowiek posiada prawdę, ale
prawda (struktury, system) zawiera człowieka w sobie, wówczas “rozpada
się wewnętrzność Ja tożsamego z sobą” - jakby sama jego odpowiedniość
ze sobą była niemożliwa, jakby wewnętrzność podmiotu nie zamykała się w
tym, co wewnętrzne: krótko mówiąc wszystko dzieje się tak, jak gdyby w
najwyższym stopniu tożsame Ja, do którego wznosiłaby się utożsamiana tożsamość,
uniemożliwiało samemu sobie zetknięcie się ze sobą”. R. Lifton współczesnego
człowieka Zachodu nazywa “osobowością proteuszową”. Proteusz,
jak wiadomo, jest bogiem znanym z daru przybierania różnych kształtów i
postaci. Podobną diagnozę stanu osobowości człowieka Zachodu stawia Gidenss.
Wszystko
jest grą, wszystko jest maską, wszystko jest teatrem twierdzą socjolodzy i
filozofowie. Tak też jest z obecną wojną przeciwko terroryzmowi. Oficjalny
dyskurs, który jej towarzyszy jest tak sztuczny i fałszywy, iż trudno uwierzyć,
by ktokolwiek z mówców, czy słuchaczy mógł się z nim zidentyfikować
inaczej, niż z rolą w teatrze, czy z postawą widza w oglądającego
widowisko. Słowa szczere wypowiedziane w pierwszym odruchu natychmiast zostały
odwołane. Dociekliwi analitycy natychmiast przystąpili do demaskacji. Wiadomo
dlaczego Rosja poparła Amerykę - chce mieć przyzwolenie na swoje działania
na Kaukazie. Wiadomo dlaczego Arafat zareagował ostentacyjnym oddaniem krwi na
rzecz poszkodowanych Amerykanów, dlaczego potępił zamach terrorystów i
Castro i Łukaszenko. Mniej wiadomo dlaczego zachowuje się tak, jak się
zachowuje Francja, Włochy, Niemcy, ale też się o tym pisze.
Wszyscy
się trochę wystraszyli, ale też się ucieszyli. Nawet w Ameryce. Ludzie
interesu zabrali się za masową produkcję pocztówek z Manhattanem, masek
gazowych, spadochronów specjalnie przystosowanych do skakania z płonących wieżowców,
flag amerykańskich, urn z popiołem WTC. CIA podejrzewa, iż atak
bioterrorystyczny jest tym razem dziełem samych Amerykanów. Moi studenci
zorganizowali sesją na temat islamu, szybko dostali niezbędne środki, sale i
pieniądze. Mój przyjaciel, który napisał książkę o fundamentalizmie,
teraz się cieszy, że też szybko dostanie pieniądze i książka wydana
zostanie w dużym nakładzie. Generał Petelicki nalega, by polską brygadę
antyterrorystyczną Grom wysłać jak najszybciej do Afganistanu.
W
telewizji argumentuje: dbamy o różne reprezentacje sportowe, a tu mamy taką
“drużynę” i nie potrafimy tym się pochwalić. Włączyłem
radio, słyszę tekst wypowiadany tubowym głosem, takim, jakim reklamuje się
kasowe tryllery: Toczy się wojna. Wojna dwudziestego pierwszego wieku.
Cywilizowana ludzkość musi zniszczyć zagrażający porządkowi świata
terroryzm. Mamy swoich korespondentów we wszystkich częściach świata. Tylko
u nas, tylko w radiu X możecie Państwo na bieżąco śledzić te wydarzenia.
Muszę
tu jeszcze raz skonstatować, o czym mówię. Tożsamość jednostki ludzkiej
jest transcendencją i tylko dzięki temu jednostka ta jest w stanie oprzeć się
sposobom bycia. Najwyższym miernikiem związku człowieka z transcendencją
jest gotowość na bohaterską śmierć. Jest to zatem najwyższy miernik tożsamości
osoby i wyrażającego ją światopoglądu. Zachód utracił swą transcendencję,
swą wewnętrzną tożsamość i światopogląd, jako regulator faktycznych
zachowań. Wszystko toczy się jako potok sposobów bycia. Wszystkiemu brak
autentyzmu. Wojnie też.
Kilka
słów o filozofii wojny. W drugim swoim wykładzie mówiłem o filozofii wojny
u Hegla. Wojna jest wojną na śmierć i życie. Panami zostają ci, którzy
ryzykują życiem i godzą się na śmierć. Tak rozumiana wojna scala i
cementuje społeczeństwo, staje się jego transcendencją. Niewolnikami zostają
ci, którzy stchórzyli i pożałowali życia. Wojnę o panowanie nad
postzimnowojennym światem Amerykanie przegrali już dawno - w Zatoce Perskiej,
w Somalii, w Jugosławii. Po stronie serbskiej zginęło kilkaset, noże około
tysiąca osób, prawie wyłącznie cywili, po stronie amerykańskiej zagrożony
był jeden żołnierz, lotnik, który się katapultował z zestrzelonego
samolotu.
Amerykanie
pokazali, co potrafią i uratowali go.
Rzecznik
Bazy w Pakistanie powiedział:
W
narodzie muzułmańskim są tysiące ludzi, którzy chcą umrzeć tak bardzo,
jak Amerykanie chcą żyć.
Nie
wiem, czy ten Pasztun czytał Hegla. Raczej chyba - nie. Ale wiedział, o czym mówi.