|
Niezależnie
od tego, jak zdefiniujemy światopogląd, to w ostatecznej instancji ma on
odniesienie do sensu życia. Światopogląd ma być tym, co uzasadnia nasze działania
i nasz sposób bycia. Czy jednak da się zauważyć obecność tak rozumianego
światopoglądu w ferworze życia codziennego? Wśród ludzi śpieszących się
do pracy, tłoczących się w sklepie, pędzących w autach na autostradach? Wśród
tych którzy boją się zwolnienia z pracy i tych, których z pracy już
wyrzucili? Wśród tych, którzy robią gwałtowne kariery i tych, którym
kariera się załamała? Wśród kobiet rodzących, mających rodzić i tych, które
z jakichś powodów nigdy nie urodzą? Wśród mężów zdradzonych przez ich żony
i kobiet przez mężów porzuconych? Czy ma dla nich wówczas jakiekolwiek
znaczenie to, że świat stworzony został przez Boga lub - że sam powstał
podczas wielkiego wybuchu?
Z
całą pewnością są wśród nich głęboko wierzący, wierzący i
niedowiarki, gorliwi patrioci, kosmopolici, zwolennicy globalizacji i
antyglobaliści. Żadne badania nie wskazują, by wśród głęboko wierzących
było mniej kłótni małżeńskich i dramatów życiowych, niż wśród
niedowiarków.
Postawię
tu wstępne hipotezy, które następnie spróbuję rozwinąć i uzasadnić.
1.
Światopogląd jako fakt społeczny posiadający moc sprawczą jest
zjawiskiem rzadkim. W praktyce mamy do czynienia albo ze światopoglądami ułomnymi
posiadającymi moc sprawczą, ale pozbawionymi metafizyki, albo ze światopoglądami
martwymi zawierającymi i metafizykę, i zasady powinności, ale nie
funkcjonującymi w życiu praktycznym. Światopogląd w ścisłym tego słowa
znaczeniu jest udziałem mistyków, niektórych świętych, geniuszy, wariatów,
jurodiwych, proroków. W skali społecznej światopogląd jako siła
sprawcza funkcjonował w pierwotnym chrześcijaństwie i później w
licznych ruchach heretyckich, w pierwszej fazie komunizmu i faszyzmu, dziś
w sprzysiężeniu ben Ladena, w niektórych sektach, ruchach protestu i
ruchach alternatywnych. Nas interesuje tu jednak przede wszystkim społeczeństwo
normalne czyli „bezświatopoglądowe”, będące osnową i moralną
zasadą dzisiejszego cywilizowanego świata.
2.W
życiu tak zorientowanego społeczeństwa uważanego dziś powszechnie za
jedyne zdrowe i zasługujące na przetrwanie, czyli społeczeństwa
‘bezświatopoglądowego” wyróżnić możemy pewne moduły
egzystencjalne, posiadające ukrytą niezwerbalizowaną i nieuświadamianą
metafizykę. Moduły te układają się w dwie struktury: wertykalną i
horyzontalną. Struktura wertykalna to trajektorie biograficzne i odpowiadające
im mitonemy.
3.
Moduły horyzontalne (sposoby bycia) są najbardziej podstawowymi sposobami
doświadczania egzystencji. Podstawowe sposoby bycia to: zatroskanie, świętowanie,
sztuka, gra, ekstaza, zauroczenie, modlitwa. Między poszczególnymi
sposobami bycia nie ma ciągłości, ani dialogu. Stąd osobowość
zanurzona bez reszty w sposobach bycia jest osobowością w rozpadzie. Społeczeństwo
pogrążone w sposobach bycia jest w stanie anomii, anarchii, chaosu.
Niezbywalnym elementem życia, zarówno w sensie jednostkowym jak i społecznym
jest transcendencja.
4.
Codzienność dzisiejszego człowieka jest egzystencjalnie autonomiczna,
oporna na ideę transcendencji, nie wymagająca metafizycznej legitymizacji.
Zatem - nie potrzebująca światopoglądu, jako takiego. Jej światopoglądem
jest „bezświatopoglądowość”. Posiada ona jednak ukrytą,
niewerbalizowaną i nieuświadamianą metafizykę i soteriologię, którą
może odsłonić badacz, ale która jest zasłonięta przed działającym
podmiotem.
5.
Sens działań i zdarzeń w życiu jednostki porządkowany jest w
trajektoriach biograficznych zgodnie z obranym mitonemem. Obejmuje on
generalne cele przyszłe, selekcję faktów i zdarzeń przeszłości, ich
waloryzację i ocenę, rozpoznanie w tym świetle sytuacji dzisiejszej. Dla
przykładu mogą to być mitonemy: bycie szczęśliwym, życie pełnią,
bycie bogatym, bycie sławnym, życie twórcze, korzystanie z życia itp.
Mitonemy nie potrzebują światopoglądu, jako takiego, ani transcendencji.
Same są transcendencją wobec sposobów bycia. Nazywam je tu „światopoglądami
ułomnymi”, w tym znaczeniu, iż jest w nich tylko część światopoglądu:
całościowa wizja własnego życia. Nie ma natomiast metafizycznej
legitymizacji tej wizji, która jest głównym elementem światopoglądu,
jako takiego.
6.
Potrzeba światopoglądu, jako takiego, w życiu jednostki pojawia się w
sytuacji doświadczenia transcendencji, zarówno w klasycznej postaci doświadczenia
religijnego, jak też doświadczenia szczytowego i innych form
transcendencji analizowanych m.in. przez Maslowa i Bergera.
Wykłady
moje dotyczą „człowieka empirycznego”, historycznego, będącego
„produktem” określonych warunków historyczno-kulturowych, chęć
przeanalizowania światopoglądu jako atrybutu człowieka rozumianego
filozoficznie, odkładam na przyszłość. Taką chęć odczułem w
wypowiedziach dr Klempczka i dr Mecha po poprzednim moim wykładzie w Krakowie.
Ustalenia te dotyczą przede wszystkim człowieka Zachodu, człowieka żyjącego
w określonej codzienności i realizującego określone trajektorie
biograficzne, a więc - określony światopogląd ułomny.
Transcendencja może
jednak być dana jednostce kulturowo w procesie socjalizacji, a zatem może być
tak dany również określony światopogląd. Kształtuje on wówczas codzienność,
która jest legitymizowana przez transcendencję, określaną przez Bergera jako
„święty kosmos”. Taka jest, zgodna z zasadą szariatu,
codzienność wielu muzułmanów, codzienność klasztorna, a także codzienność
niektórych ekskluzywnych grup religijnych i pozareligijnych, takich, jak niektóre
wspólnoty ekologiczne, czy wegetariańskie. Podobnie w systemach totalitarnych
komunizmu i faszyzmu modyfikujący codzienność system ideologiczny wpajany był
w procesie socjalizacji.
Tyle
ustaleń ogólnych. Przejdźmy teraz do właściwego przedmiotu wykładu, jakim
jest życie szczęśliwe. Rozumiem je jako trajektorię, która ma charakter
mitonemu. Wiele baśni kończy się słowami: „ i żyli długo i szczęśliwie”.
Życzy się długich i szczęśliwych lat, zwłaszcza - młodej parze. Mówi się
też: ”to była bardzo udana, szczęśliwa para”. Tak mówi się o
tych, którzy odeszli. O tych, którzy żyją, mówi się z pewnym przekąsem i
odcieniem dystansu: „oni są ze sobą szczęśliwi”.
Życie
szczęśliwe sprowadza się zatem do życia rodzinnego, zwłaszcza - do pożycia
małżeńskiego. W innych trajektoriach mitonem szczęścia jest na ogół
nieobecny. Nie mówi się o szczęśliwych generałach, nawet jeśli osiągnęli
szczyty militarnych sukcesów i umarli w glorii sławy. To samo o politykach.
Nikt nie powie o życiu szczęśliwym Clintona, czy Eisenhawera. Ten pierwszy już
za życia przeszedł do historii, jako ekscentryczny erotoman, ten drugi
ukazywany jest równolegle jako autor zwycięskich operacji aliantów w II
wojnie światowej i dramatycznego romansu z adiutantką w tym samym czasie. Nie
ma w zasadzie opowieści o szczęśliwych bogaczach. Modelową dla literatury
przedmiotu może być biografia Onazisa, udręczonego nieustannymi romansami, kłopotami
z dziećmi i nieudanym małżeństwem z Jacklin Kennedy, która zadręczała go
rozrzutnością i zbędnymi wydatkami. Inny amerykański multimilioner Maxwell u
szczytu sławy kończy życie samobójstwem. Nie mówi się też o szczęśliwych
świętych. Wręcz przeciwnie, przeznaczeniem świętego jest rezygnacja ze szczęścia
ziemskiego, męka i umartwianie się. Ale również to, co powinno być u świętego
najwyższym szczęściem - osobisty kontakt z Bogiem - okraszony jest często
nieziemskim bólem, zwątpieniem, poczuciem opuszczenia, określanym
„ciemną nocą duszy”. Nawet święta Faustyna Kowalewska, która co
wieczór obcuje twarzą w twarz z Chrystusem, w związku, który ma wszelkie
znamiona związku erotycznego, nawet ona w swych pamiętnikach jawi się jako
osoba pełna bólu i nieszczęścia. Nawet o Buddzie, który w nirwanie osiągnął
szczyty szczęścia niedostępne nawet bogom - nawet o nim nie da się powiedzieć,
że był „człowiekiem szczęśliwym”.
Życie
szczęśliwe traktuję jako rodzaj mitonemu. Mówię tu o mitonemie, a nie o
micie. Mit byłby jakimś wzorcem, wzorcową opowieścią, którą usiłuje się
w życiu realnym naśladować, czy odtwarzać. Dziwne, ale trudno znaleźć taką
wzorcową opowieść o życiu szczęśliwym. Mogę co najwyżej powołać się
na dzieła moralno-dydaktyczne typu, Żywot człowieka poczciwego Mikołaja
Reja czy rosyjski Domietroj. Teksty te nie są jednak dziś obecne w świadomości
potocznej. Wygląda na to, że mitonem życia szczęśliwego nie przyoblekł się
w mit, jako taki lub też mit ten został całkowicie zapomniany. Mitem jest miłość
romantyczna, która ma swoje literackie prawzory i masę naśladowców, ale jest
to miłość tragiczna, nieszczęśliwa.
Za
chwilę przejdę do omówienia funkcji mitonemu życia szczęśliwego i przemian
we współczesnym świecie Zachodu. Ustalmy jednak najpierw: wzory przeżywania
erotyki, życia rodzinnego, związków mężczyzny z kobietą mają charakter
kulturowy i są różne w różnych kulturach.
Marko
Polo w swych opisach różnych krain średniowiecznej Azji podaje interesujące
przykłady tamtejszych obyczajów. Opisując Tybet autor ten stwierdza:
„Trzeba
też wiedzieć, że żaden mężczyzna za skarby świata nie pojmie za żonę
dziewicę.
Oblubienica
musi przed ślubem udokumentować ukochanemu, że jako panna miała bujne życie.
Służą temu upominki, jakie zostawiają dziewczynie przygodni partnerzy
seksualni. Marko Polo pisze dalej:
„
I nie szanowana, lecz raczej wzgardzana jest ta, która nie jest zdolna wykazać
się dwudziestoma podarkami, iż miała dwudziestu mężów. W czasie uroczystości
weselnych rozkłada swe podarki i pamiątki, zaś oblubieniec bardzo ją ceni mówiąc,
że bogowie uczynili ją powabną w oczach mężczyzn.”
Opisując
z kolei chińską prowincję Gajndu, Marko Polo opowiada:
„Wiedźcie
bowiem, że jeśli jakiś mieszkaniec tej okolicy zobaczy obcego zbliżającego
się do jego domu w poszukiwaniu mieszkania, natychmiast, skoro tamten wejdzie
pod jego dach, on sam dom opuszcza i przykazuje żonie, aby pobożnie spełniała
wszelkie jego życzenia, on sam zaś udaje się w podróż lub na wieś lub do
winnic. (...) zauważyć trzeba, że ten spędza tam czasem trzy dni, czasem
cztery, a niekiedy dziesięć i zabawia się w łożu z żoną tego nieboraka.
(...) Skoro obcy odejdzie, gospodarz wraca radosny i szczęśliwy, odnajduje swą
rodzinę i składa bogom dziękczynienie. I tak postępują w całym
kraju.”
Podobną
radosną opowieścią częstuje nas ten autor o szczęśliwym życiu mieszkańców
krainy Kamul:
|
"Życie
pędzą w przyjemnościach, gdyż zajmują się tylko muzyką, śpiewem,
tańcami, zamiłowanie mają do czytania i pisania, oddają się
cielesnym rozkoszom. I zapewniam was, że gdy do domu przybędzie gość,
są mu bardzo radzi i starają się uczynić wszystko, aby mu sprawić
przyjemność. I rozkazują żonie, aby czyniła wszystko wedle woli gościa,
podczas gdy sami dom opuszczają na dwa lub trzy dni, udając się w
interesach lub do swych will, skąd baczą na wszystko, co rodzinie i
obcemu może być potrzebne. Przez ten czas gość pozostaje w domu
gospodarza z jego żoną i żyje wedle swej woli i śpi z nią w łóżku,
jakby była jego własną i oddaje się rozkoszom. I wszyscy w tym mieście
i w tej prowincji są rogaczami, lecz zaiste nie poczytują sobie tego
za ujmę lecz przeciwnie za wielki honor i zaszczyt, gdyż jest to
zwyczaj powszechny w tej prowincji.”
|
Podobne
zwyczaje zachowały się u niektórych ludów syberyjskich po dzień dzisiejszy.
Otóż
mężowie tych ludów nie mają problemów, że żony ich zdradzają: nie
wieszają się z tego powodu, nie żądają rozwodu, nie urządzają awantur. Wręcz
przeciwnie: chlubią się tym i są z tego powodu dumni i szczęśliwi. Mają
inne problemy: z żonami niedorajdami, których nie stać na dwudziestu kochanków.
W
dziejach Europy postśredniowiecznej funkcjonują dwa modele: miłości
romantycznej i życia szczęśliwego. Oba modele są - używając
zaproponowanego tu języka - światopoglądami ułomnymi. Metefizyka jest w nich
ukryta implicite, nie jest wypowiadana, ani uświadamiana. Jest jednak obecna,
bez nich żaden światopogląd ułomny nie zafunkcjonowałby.
Metafizykę
miłości romantycznej ukazał Rugemont. Rougemont pisze:
„
Miłość szczęśliwa nie posiada historii. Romans zajmuje się tylko miłością
śmiertelną - to jest miłością zagrożoną wyrokiem samego życia. Ani
rozkosz zmysłowa, ani płodny spokój małżeństwa nie podniecają lirycznych
doznań uczuciowych w literackiej kulturze Zachodu. Nie jest istotna miłość
dopełniona, lecz pasja miłosna. A pasja oznacza cierpienie. Oto fundamentalny
fakt”.
Zdaniem
Rougemonta swoisty mit miłości w kulturze Zachodu ma źródła religijne,
widzi on je w mistyce katarów, którą - po ich rozgromieniu - w symbolicznej
formie upowszechniali trubadurzy. Wzorcem literackim jest dla niego średniowieczna
opowieść o Trystanie i Izoldzie. Rougemont pisze:
„
W ten oto sposób predylekcja do przeszkody, której się pragnie, oznacza
afirmację ku śmierci. Ale ku śmierci dobrowolnej u kresu szeregu prób, z których
Tristan wyjdzie oczyszczony, ku śmierci, która staje się przeistoczeniem, a
nie brutalnym przypadkiem. Chodzi o to, by sprowadzić zewnętrzny fatalizm do
fatalizmu wewnętrznego, dobrowolnie przyjętego przez kochanków.
W
tradycji Zachodu możemy zatem wyróżnić dwa wykluczające się modele stosunków
mężczyzny i kobiety: miłość romantyczna i życie szczęśliwe. Moglibyśmy
je nazwać światopoglądami w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyby nie to, że
towarzysząca im pierwotnie metafizyka religijna dawno wyparowała, a dziś jej
cień funkcjonuje poza świadomością aktorów. Są to więc dziś światopoglądy
ułomne. Oba modele mają źródło religijne: życie szczęśliwe w biblijnej
patriarchalnej ortodoksji i miłość romantyczne - w średniowiecznej herezji.
Rougemont pisze:
„
Miłość - namiętność sławiona przez mit była w wieku XII, w okresie swego
pojawienia się jest religią, w całej mocy, jaką ten termin zawiera -
konkretnie: herezją chrześcijańską historycznie zdeterminowaną.
Z
tej konkluzji można z kolei wysnuć wnioski:
|
że
namiętna miłość zwulgaryzowana w naszych czasach przez powieść i
film, jest niczym innym, jak przypływem dalekiego morza, anarchicznym
wdzieraniem się w nasze życie herezji spirytualistycznej, do której
szyfru zagubiliśmy klucz;
że
u źródeł naszego kryzysu małżeństwa tkwi konflikt dwóch tradycji
religijnych, co zmusza do decyzji, którą podejmujemy niemal zawsze nieświadomie
nie znając przyczyn, celów, niebezpieczeństw.”
|
Funkcjonujący
dziś w kulturze masowej model miłości romantycznej nazywa Rougemont mitem
zdegradowanym. Pisze:
|
„Człowiek
nowoczesny, człowiek namiętności, oczekuje od miłości fatalnej
jakiejś rewelacji w życiu w ogóle lub o sobie samym. Jest to ostatni
stęchły ślad pierwotnej mistyki, od poezji do pikantnej anegdoty -
namiętność jest zawsze przygodą. Jest tym, co może zmienić życie,
wzbogacić niespodzianką, ryzykiem, gwałtowną i miłą radością. To
otwarcie się bramy wszelkich możliwości, to przeznaczenie, które
zezwala na pożądanie. Wejdę tam, wedrę się, będę się wspinał, będę
w tamten świat przeniesiony! Odwieczne złudzenie, najbardziej naiwne i
najbardziej naturalne. Złudzenie wolności. Złudzenie pełni.”
|
Miłość
romantyczna jest więc miłością nieszczęśliwą, miłością śmiertelną, w
tym nieszczęściu i w śmierci tkwi wyblakły pogłos heroicznej mistyki
wieszczące ostateczne zwycięstwo uczucia nad śmiercią i cierpieniem.
Przejdźmy
jednak do życia szczęśliwego, bo to jest właściwym przedmiotem mego wykładu.
.
Najlepszą literacką egzemplifikacją problemu może być, moim zdaniem, Pani
Bovary Flauberta. Takie właśnie udane spokojne życie zafundował autor
swej bohaterce, pani Bovary. Mąż jest lekarzem, mają ładną córeczkę, służąca,
która jest osobą całkowicie oddaną swojej pani i na swój sposób ją kochającą,
małomiasteczkowe środowisko, przyjazne i życzliwe, bal w pałacu u markiza,
nadzieja na dalszą karierę męża w medycynie... Słowem, życie szczęśliwe.
Pani Bovary jest jednak tym przygnębiona. W tajemnicy swej duszy jest głęboko
nieszczęśliwa.
„Znów
rozpoczął się szereg jednakowych dni.
Miały
więc tak już zawsze następować jedne po drugich, wciąż takie same, nie
przeliczone i nic nie przynoszące. Życie innych ludzi choć płaskie, było
urozmaicone czasem jakimś zdarzeniem. A jedna przygoda pociąga czasem całą
nieskończoność innych, aż zmienia się wreszcie otoczenie. Ale w jej życiu
nic się nie wydarzyło. Widać Bóg tak chciał! Przyszłość była jak czarny
korytarz, z głucho zamkniętymi drzwiami na końcu.”
Emma,
bo tak jest na imię pani Bovary, na każdym kroku doświadcza dobroci i czułości
swego męża. To ją jeszcze bardziej denerwuje, bardziej nienawidzi go w tej
jego dobroci i czułości, niżby to mogło się zdarzyć w kłótniach i
konfliktach. Dobroć Karola upokarza ją i poniża. Rozsadza ją nieubłagana
namiętność życia, jako dramatu. Kolejni kochankowie być może kochają ją
szczerze, ale nie na tyle szczerze, by cokolwiek ryzykować, w godzinie próby
zawodzą ją i opuszczają. Pozostaje mąż, Karol ze swoją dobrocią i zdolnością
wybaczania. Ta dobroć jest jednak dla bohaterki nie do zniesienia. Popełnia
samobójstwo.
Podobny
motyw podejmuje Eliza Orzeszkowa w Chamie choć z mniejszym rozmachem i
artyzmem, przygaszonym przez antymiejską, rustykalną ideologię społeczną.
Na
pytanie: kim jest pani Bovary, Flaubert miał odpowiedzieć: pani Bovary, to ja.
Dał w ten sposób do zrozumienia, że niezgoda na życie szczęśliwe jest czymś
powszechnym, że wszystkich nas trapi potrzeba Emmy: zdarzeń dramatycznych,
dzikich namiętność, „pełni życia.” W każdym bądź razie,
potrzeba ta trapiła Flaubarta, a skoro bez wahania do tego się przyznał, uważał
widać, że trapi ona też innych.
Pomijając
ogrom dzieł beletrystycznych, teatralnych i filmowych ukazujących perypetie życia
rodzinnego współczesnego człowieka, dwie prace analityczne zasługują tu na
szczególną uwagę. To Fizjologia małżeństwa. Balzaka i Druga płeć.
Simon de Baeuvoiere. Balzak jest jednak dziś już nieco zwietrzały wolę więc
odwoływać się do analiz de Beauvoire.
Mitonem
życia szczęśliwego ma genezę mieszczańską. Sprowadza się on do udanego,
szczęśliwego pożycia dwojga ludzi, mężczyzny i kobiety, z zasady - męża i
żony. Jest celem życia i sensem życia przede wszystkim kobiety.
Dla
większości ludzi współczesnej cywilizacji Zachodu życie szczęśliwe
sprowadza się przede wszystkim do sfery erotyki w ogóle, a w szczególności -
do pożycia między mężczyzna, a kobietą. Jest to główny temat współczesnej
literatury, filmu, rozwlekłych seriali telewizyjnych i mnóstwa poradników
udanego życia. Znaczenie erotyki i przeżyć seksualnych w systemie Freuda i
psychoanalizie podniesione zostało do rangi decydującego mechanizmu w
funkcjonowaniu osobowości ludzkiej, motorem ludzkich dążeń, źródłem
wyobrażeń religijnych, ideologicznych, światopoglądowych. Relację o życiu
prywatnym, wielkich twórców filozofii i literatury, uważa się dziś za
czasem główny element interpretacji dzieła i światopoglądu autora. Wiadomo
na przykład dlaczego Ewdokimow napisał piękną książkę Kobieta a
zbawienie świata - ożenił się z młodszą dwadzieścia lat kobietą i żył
z nią „życiem szczęśliwym”. Wiadomo dlaczego Bertrand Russell
wybitny filozof napisał tyle dzieł poślednich i dziwnych (Na podbój szczęścia,
Małżeństwo i moralność itp.) - ożenił się z ekscentryczną młodą
kobietą, trwoniącą pieniądze i głoszącą skrajne feministyczne,
pacyfistyczne, socjalistyczne poglądy. Wiadomo, dlaczego Kirkegaard napisał Albo-albo
- miał za sobą noc miłosną, fatalnie nieudaną. Wiadomo o roli Zofii Tołstoj
w życiu i twórczości wielkiego pisarza, o inklinacjach seksualnych
Gombrowicza czy Iwaszkiewicza itp.
Interesujące,
że życie erotyczne jako wyznacznik, czy źródło światopoglądu twórcy nie
występuje w interpretacji dzieł starożytności, czy nawet średniowiecza. Nic
nie wiemy o życiu prywatnym Arystotelesa, czy Heraklita, o Platonie wiemy, że
był homoseksualistą, ale podręczniki historii filozofii o tym nie wspominają
- wygląda na to, iż jest to szczegół nie istotny. O Orygenesie wiadomo, iż
dał się wykastrować, ale jest to ważne tylko dlatego, że przez to nie mógł
zostać biskupem.
Tak
czy inaczej, wydaje się słuszną być teza, iż dla człowieka nowożytnego
Zachodu, dla jego poczucia sensu wystarczy światopogląd ułomny, bez zbędnej
metafizyki, światopogląd zawarty przede wszystkim w mitonemach życia szczęśliwego,
romantycznej przygody, życia pełnią.
Nie
odnajdujemy go ani w kulturze ludowej, ani w kulturze dworskiej. W kulturze
ludowej funkcjonuje mitonem „życia udanego”, które jest darem
losu. Jego wyznacznikami jest dobre zdrowie, udane dzieci, powodzenie w
gospodarstwie. Podobnie w tradycji szlacheckiej. Przedstawiając życie dworskie
w dawnej Polsce, Stanisław Bystroń pisze:
„Jaką
rolę mogła w problemach matrymonialnych odgrywać miłość, trudno orzec.
Bywało zapewne rozmaicie w różnych środowiskach i różnych czasach.
Koligacje
i majątek są najczęściej podstawowymi warunkami dojścia do skutku małżeństwa
i przypadki wyjścia poza te przykłady są raczej rzadkie. Ale w obrębie własnej
sfery, dobrze urodzonych i równych majątkiem, jeszcze wybór był dość
obszerny i tutaj zapewne decydował „wzajemny efekt”, jak się najczęściej
wyrażano. Pewne, że efekt ten nie był najczęściej gwałtowną, namiętną
miłością; ludzie byli zbyt mało zróżnicowani, zbyt do siebie podobni,
bardziej niż dziś do współżycia łatwi, więc czynnik ten tak wybitnej roli
nie odgrywał. Młodzi zresztą najczęściej nie mieli czasu zbliżyć się do
siebie, skoro kojarzono małżeństwa w umowach między rodzicami. Kawaler oświadczał
się pannie wyuczonymi, barokowymi frazesami, panna przyjmowała kawalera, którego
rodzice polecili i na tym często kończyły się przedmałżeńskie
rozmowy”.
Dziewczyny
wydawane były za mąż bardzo młodo, nawet w wieku 10 - 12 lat, często za sędziwych
już panów i mówienie tu o miłości romantycznej byłoby raczej rzeczą śmieszną.
Trudno też mówić o życiu szczęśliwym, w dzisiejszym tego słowa znaczeniu.
Mąż i żona żyli odrębnym życiem, w odrębnych światach, niewiele mieli
okazji czynić siebie „szczęśliwymi” lub też „nieszczęśliwymi”.
Rozwiązłość obyczajów, zdaniem Bystronia zaczyna się w Polsce szerzyć
dopiero w czasach saskich, zwłaszcza wśród bogatej szlachty, osiadającej w
miastach, głównie pod wpływem wzorców płynących z Zachodu. Zarówno w
jednym, jak i w drugim przypadku mąż, był darem losu, a nie wyboru, żona była
dodatkiem do inwentarza, jakim w kulturze ludowej były przede wszystkim
hektary, a w kulturze szlacheckiej - również koligacje.
Bystroń
mówi, iż ludzie w dawnych czasach nie byli na tyle zindywidualizowani, by
cechy osobowości decydowały o związkach między nimi. W kulturze ludowej
cechy osobiste partnera, poza majętnością - to zdrowie i pracowitość.
Jeszcze w mojej młodości na wsi, wszelkie ułomności fizyczne panny czy
kawalera, kłopoty ze zdrowiem, przebyte urazy cielesne - były najbardziej skrzętnie
ukrywanym sekretem. Wszystko to bowiem było brane pod uwagę u kandydata do małżeństwa.
Przymioty ducha partnera znacznie mniej tu interesowały.
Oczywiście
nie znaczy to, że w dawnej wsi, czy we dworze nie było rozpustników czy
rozpustnic, mimo licznych utrudnień realizacji tego typu praktyk. Chcę tu
tylko powiedzieć, że nie było to wpisane w ideologię grupy, było to raczej
jej legendą. Człowiek tradycyjny nie rościł sobie prawa do „życia
szczęśliwego” tak jak dziś się to rozumie, do życia szczęśliwego
jako indywiduum. Rościł sobie pretensję do „życia udanego,”
zgodnie z odwiecznym porządkiem. W Chłopach Reymont przedstawił wieś,
w której wybucha wielka romantyczna namiętność młodej kobiety. Kończy się
to tragicznie; Jagna pobita i sponiewierana, wywieziona jest na furze gnoju za
wieś i tam porzucona. Wieś szybko o tym zapomina pogrążona w żniwnym obrządku.
Na miłość w naszym rozumieniu nie było miejsca nie tylko między małżonkami,
ale także między rodzicami a dziećmi. Jak wykazują w swych analizach Thomas
i Znaniecki, nie były to bowiem relacje indywiduów, ale relacje ról społecznych
- relacje ściśle kontrolowane przez lokalną społeczność. Syn, czy córka
byli zawsze tylko synem czy córką, podobnie mąż czy żona, ten status określał
oczekiwania i zachowania zarówno w rodzinie, jak i w społeczności. Małżeństwo,
jak podkreślają ci autorzy, było elementem porządku społecznego i
kosmicznego, tak jak narodziny i śmierć, a nie wynikiem autonomicznej decyzji
zakochanego w kimś indywiduum. Ilustruje to los człowieka samotnego, który z
jakichś względów nie ożenił się. Nie może on wykonywać normalnej działalności
zawodowe, nie uczestniczy w życiu gromady, nie może prowadzić domu, przyjmować
gości, organizować zabaw itp. Małżeństwo było w relacjach z grupą
instytucją bezpłciową. Najmniejsze aluzja o życiu seksualnym małżonków
uchodziła za coś skrajnie nieprzyzwoitego. Podobnie publiczne ukazywanie uczuć.
Przytoczę
inny interesujący przykład z obszaru dziewiętnastowiecznej Rosji. Chatlotte
Buhler w swej książce Bieg życia ludzkiego analizuje biografię
wybitnej rosyjskiej matematyczki Soni Kowalewskiej, córki rosyjskiego generała.
W wieku lat dwunastu odkrywa ona w sobie niezwykłe uzdolnienia matematyczne i
marzy o studiowaniu matematyki. Ojciec jest temu zdecydowanie przeciwny. W wieku
15 lat postanawia zawrzeć fikcyjny związek małżeński ze studentem
Kowalewskim, by w ten sposób uniezależnić się i uciec z pseudo-mężem za
granicę. Przedtem musi się jeszcze „skompromitować” odwiedzinami
u Kowalewskiego, by małżeństwo w ogóle było możliwe. Przy okazji Buhler
zauważa:
„W
kręgu przyjaciółek Soni małżeństwo z miłości było w takiej pogardzie,
że wstydzono się przyjaciółki, która „zawarła małżeństwo tylko z
miłości” w takim stopniu, jak jej samej wydawało się, że musi się
tego wstydzić”.
Eksperyment
się udaje, pseudomałżonkowie są tylko przyjaciółmi, po latach jednak
zakochują się w sobie i żyją szczęśliwie, chociaż krótko - ale to odrębne
zagadnienie.
Mamy
tu przykład z przełomu epok: patriarchalne stosunki w Rosji, gdzie małżeństwo
może być pomyślane tylko jako związek godziwych ról i zindywidualizowana
osoba, pod wpływem płynących z Zachodu nowych prądów, Sonia, ze swą pasją,
wcale nie erotyczną, co w wyniku prowadzi jednak do małżeństwa szczęśliwego.
Mitonem
życia szczęśliwego zatem możliwy jest dopiero w społeczeństwie
zindywidualizowanym, gdzie wartością podstawową staje się wyposażenie
duchowe partnera, jego charakter, upodobania, wykształcenie, skłonności i
kształtujący się na tej podstawie związek intymny między partnerami.
Mitonem
życia szczęśliwego jest zatem możliwy faktycznie w społeczeństwie rynku,
gdzie życie rodzinne i gospodarstwo domowe oddzielone zostało od warsztatu
pracy i własności środków produkcji. Indywidualizm możliwy jest też
dopiero w sytuacji pluralizmu idei i światopoglądów; dopiero w tej sytuacji
jednostka może być „kimś”, indywiduum innym od pozostałych.
Dopiero w tej sytuacji indywidualność staje się wartością. Model życia
szczęśliwego oznacza zorientowanie na wartość duchową osoby, z którą się
żyje, wartością staje się miłość, intymność, seks, wzajemny szacunek i
zaufanie, troska o wychowanie dzieci. Jest rzeczą przerażającą jak mało
uwagi poświęcano życiu i zdrowiu dzieci zarówno w kulturze ludowej, jak i
kulturze dworskiej. Stają się najwyższą wartością dopiero w świecie
zindywidualizowanym.
Mitonem
życia szczęśliwego jest jednak paradoksem. Życie szczęśliwe nie będzie
przecież szczęśliwym z partnerką pokorną, posłuszną, wierną i powiedzmy
to - po babsku głupią, nie mającą nic więcej do zaproponowania partnerowi,
oprócz swej pokory i dobroci. Podobnie dla zindiwidualizowanej, nowoczesnej
partnerki nie będzie życiem szczęśliwym partner, który dużo zarabia i nic
poza tym. Postawmy kropkę nad i: życie szczęśliwe żąda miłości między
partnerami, ufności, wierności, szczerości, wzajemności. Życie szczęśliwe
ma być trwałym życiem małżeńskim, a jednocześnie - życiem kochanków.
Spełnienie tego oczekiwania jest jednak niemożliwe.
Życie
szczęśliwe jako mitonem małżeństwa i rodziny jest paradoksem w podwójnym
sensie. Miłość romantyczne możliwa jest o tyle, że partner jest kimś
Innym, w tej inności oryginalnym i niepowtarzalnym. Romans wówczas jest
przygodą i transcendencją. Ale w małżeństwie współmałżonek szybko
przestaje być innym, traci wszelką tajemnicę. Zasada życia szczęśliwego
żąda, by tej tajemnicy nie było, a jednocześnie jej potrzebuje, bo
potrzebuje namiętności. Simene de Beauvoir w slad za Montaigne określa to
przerażająco dosadnie: kazirodztwo. Pisze:
„Erotyzm
jest to poryw ku Innemu, w tym jego istota; a mąż i żona w związku małżeńskim
stają się nawzajem dla siebie Tym Samym; nie ma już między nimi możliwości
wymiany, nie ma daru ani zdobywania. Toteż, o ile są nadal kochankami, często
łączy się to z uczuciem wstydu: czują bowiem, że akt płciowy nie jest już
międzypodmiotowym przeżyciem, w którym każde przekracza swoje granice, ale
czymś w rodzaju współmasturbacji.”
W
innym miejscu Simone de Beauvoir pisze mniej dosadnie:
„
W szeregu małżeństw „wszystko jest w porządku”, to znaczy mąż
i żona dochodzą do kompromisu i żyją obok siebie ani się zbytnio nie gnębiąc,
ani nie kłamiąc za dużo. Jest wszakże pewne przekleństwo: mianowicie nuda.
(...)Po kilku miesiącach czy latach nie mają sobie nic do powiedzenia. Para małżeńska
jest wspólnotą, której członkowie stracili niezależność, nie uwalniając
się od samotności; upodobnili się statystycznie do siebie, zamiast utrzymywać
ze sobą żywe, dynamiczne stosunki. Dlatego nie mogą nic sobie dać, nic
wymienić, ani na płaszczyźnie duchowej, ani na erotycznej.”
Simone
de Beauvoir opisuje dalej perwersje, które zakradają się w życie małżeńskie:
onanizm z perwesyjnymi wyobrażeniami, wyobrażenia mężczyzny podczas
stosunku, że obcuje z inną kobietą, lub że żona ma kochanka, że obcuje z
innym mężczyzną, erotyczne rojenia kobiety, że jest gwałcona przez innych mężczyzn,
aranżowanie kochanka żonie jako „tego trzeciego” itp.
Ze
względu na zasadniczy temat naszych rozważań: światopogląd, tożsamość,
godność - trudności tu zaczynają się piętrzyć. Kim jest głęboko
religijna kobieta, która, od czasu do czasu, oddaje się praktykom
orgiastycznym - głęboko religijną katoliczką, czy rozpustnicą? Powszechne
praktyki homoseksualne wśród alumnów i księży, praktyki orgiastyczne wśród
zakonnic, pedofilia wśród katechetów itp. Napisano na ten temat wiele, tu nie
chodzi mi, broń Boże, o epatowanie Państwa nieprzyzwoitościami, stawiam
tylko pytanie, o tożsamość światopoglądową osoby. Czy w tych i podobnych
przypadkach wiara i gorliwa religijność jest tylko fasadą? Twierdzę, że tak
być nie musi, ale rozważanie tych kwestii zostawiam na inną okazję, gdy
przedstawię państwu swą ideę ideologii i legendy. Tu chcę postawić pytania
bardziej przyziemne, ale też dziś na nie odpowiem: kim jest poczciwy, dobry mąż,
który obcując seksualnie z żoną wyobrażą, że czyni to z kochanką? Albo
pokątnie onanizuje się oglądając Pleyboya? Albo żona, która oddając
się wiernie mężowi wyobraża, że ją gdzieś gwałcą?
Zostawmy
jednak te, jak na dziś - zbyt złożone, kwestie. Pora przedstawić Państwu w
sposób bardziej usystematyzowany rezultaty tych rozważań.
1.Życie
szczęśliwe jest mitonemem społeczeństwa zindywidualizowanego, społeczeństwa
gospodarki rynkowej i pluralizmu światopoglądów. Dziś, w warunkach
globalizacji, mitonem ten wypierany jest przez mitonem życia pełnią, który
tu tylko sygnalizuję.
Mitonem
życia szczęśliwego, jako taki, ma niewiele wspólnego z rzeczywistym życiem
i rzeczywistym szczęściem. Pary małżeńskie, o których możemy powiedzieć,
że „są ze sobą szczęsliwi” cechuje ze wszech stron umiar i
rezygnacja - rezygnacja z tego, co zawiera w sobie mitonem życia szczęśliwego:
z indywidualizmu, marzeń o erotycznej namiętności, szczerości, wierności,
panuje pewien rodzaj zobojętnienia i związanej z tym tolerancji i pogody,
uczucia są przeniesione na dom, dzieci, partner otoczony jest należnym
szacunkiem, troską o zdrowie, powodzenia zawodowe.
Mitonem
życia szczęśliwego jest wewnętrznie paradoksalny stąd - empirycznie nie
do zrealizowania. Łączy w sobie sprzeczne nadzieje i oczekiwania. Jest to
potrzeba erotycznej relacji z partnerem, bycia ‘kochankami”, a z
drugiej strony, potrzeba unifikacji, uzgodnień, które wykluczają relację
kochanków. Jest potrzebą namiętnej miłości erotycznej, a z drugiej
strony, potrzebą rodzinnego spokoju, wierności i ufności. Jest to też
niemożliwe, bowiem miłość namiętna jest z istoty swej tragiczna. W miłości
zniesiona zostaje opozycja podmiotu i przedmiotu, niezależnie nawet od tego,
czy przedmiotem miłości jest osoba, czy Bóg, czy świat. Na tym polega jej
wzniosłość i tragizm. W miłości erotycznej osoba kochana i kochająca,
stają się jednią, ale faktycznie nigdy się jednią nie staną, bo są to
osoby, indywidua. Zakochany mężczyzna odnajduje w kobiecie swe wewnętrzne
jestestwo, swą jaźń, kochana kobieta jest jego duszą. Kochana kobieta
jednak rano wstaje, ubiera się i wychodzi, zabiera ze sobą duszę mężczyzny,
jego jestestwo poniesie w świat - ludny i gwarny, nie wiadomo, co z nim
uczyni, z kim się będzie spotykać, co będzie opowiadać, co czynić będzie.
Śledząc kobietę w namiętnej zazdrości, szukając jej w zakamarkach
bujnego świata, mężczyzna faktycznie szuka swej zagubionej jaźni, swego
jestestwa zagubionego w tym gwarnym i bujnym świecie. Logiczną konsekwencją
tego jest wampiryzm lub samobójstwo. Tradycyjne małżeństwo mieszczańskie
wprowadzając zamiast dawnego związku ról, związek osób i postulat miłości
małżeńskiej, uobecniło w codzienności ten pogłos wielkiej mistyki,
modyfikując ją, banalizując, stępiając do bezpiecznych społecznie
rozmiarów, dalekich od tych ostatecznych konsekwencji. Mitonem życia szczęśliwego
jest zatem swoistym oszustwem, ale oszustwem skutecznym - zapewniającym ład
społeczny i względny spokój ducha wielu osobom.
W
warunkach globalizacji mitonem życia szczęśliwego zagrożony został
mitonemem życia pełnią. Mitonem życia szczęśliwego opiera się na dwóch
kardynalnych aksjomatach: a/ osoba ludzka ma potrzebę i prawo do miłości,
która powinna się spełniać w miłości małżeńskiej; b/ osoba ludzka ma
potrzebę i prawo do rodziny i domu, jako materialnej i duchowej ostoi i
oparcia w trudach życia. Tradycyjny mitonem ludowy czy dworski, który nazwałem
tu życiem udanym, nie uwzględniał pierwszego aksjomatu. Osoba
identyfikowana była z rolą i jako taka podlegała ścisłej kontroli społecznej.
W mitonemie życia pełnią, odwrotnie - minimalizowana, czy też negowana
jest potrzeba rodziny i domu. Prawo do szczęścia stawiane jest ponad
jakimikolwiek zobowiązaniami. „Ja ze swego szczęścia nie zrezygnuję”,
„jak znajdę swoje szczęście, nic mnie nie powstrzyma” - to
dewizy życia, często powtarzane - zwłaszcza przez współczesną kobietę.
Światopoglądy
ułomne i mitonemy są surogatami światopoglądów, są wobec światopoglądów
autonomiczne. Światopoglądy w pełnym tego słowa znaczeniu funkcjonują dziś
na obrzeżach życia społecznego, w przypadku świętych, proroków,
geniuszy, wariatów, wegetarian, ekologów, różnej maści millenarystów
itp. Dla ludzi „normalnych” wystarczą światopoglądy ułomne i
mitonemy.
Mitonemy
życia rodzinnego, jako światopoglądy ułomne są konkurencyjne wobec
wielkich światopoglądów, mających często charakter ideologii, tzn. usiłujących
w oparciu o światopogląd ustalić odpowiadający mu ład społeczny.
Wystarczy przypomnieć słowa Chrystusa. Do Matki odzywa się per.
„niewiasto”, a do uczniów powiada:
„
Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony,
i dzieci, i braci, i sióstr, a nawet i życia swego, nie może być uczniem
moim”
Ruch
anachoretów w pierwszych wiekach chrześcijaństwa był katastrofą dla życia
rodzinnego. Cechowała ich całkowita nieczułość na los rodziny, dzieci i żon,
brak jakichkolwiek zobowiązań moralnych wobec bliźnich. Podobnie w pierwszej
fazie radzieckiego komunizmu próbowano podważyć solidarność rodzinną i
zasady życia rodzinnego. Przykładem może tu być Pawka Morozow, który
zadenuncjował do NKWD własnego ojca i stał się postacią wzorcową, swego
rodzaju radzieckim świętym.
Rodzina
jako podstawowa forma socjalizacji, podstawowy model ludzkiego zaangażowania w
świecie i wizji sensu musi być zharmonizowana z panującym ładem społecznym,
jego ideologią i światopoglądem. Obecnie w warunkach globalizacji, również
rodzina oparta na mitonemie życia szczęśliwego przezywa kryzys. Zastępuje go
mitonem życia pełnią.
Nowum
mieszczańskiej idei rodziny i jej mitonemu życia szczęśliwego polega na tym,
iż usiłuje on miłość romantyczną włączyć w porządek społecznego ładu.
Udaje się to rzadko i tylko częściowo. Czy może się to udać w ogóle? Nie
wiem. Przytoczę tu jednak Państwu na zakończenie wiersz Wiesławy
Szymborskiej Miłość
szczęśliwa.
Miłość
szczęśliwa
Miłość
szczęśliwa. Czy to jest normalne,
czy
to poważne, czy to pożyteczne -
co
świat ma z dwojga ludzi,
którzy
nie widzą świata?
Wywyższeni
ku sobie bez żadnej zasługi,
pierwsi
lepsi z miliona, ale przekonani,
że
tak stać się musiało - w nagrodę za co? Za nic;
światło
pada z nikąd -
dlaczego
właśnie na tych, a nie innych? Tak.
Czy
narusza troskliwie piętrzone zasady,
strąca
ze szczytu morał? Narusza i strąca.
Spójrzcie
na tych szczęśliwych:
Gdyby
się chociaż maskowali trochę,
udawali
zgnębienie krzepiąc tym przyjaciół!
Słuchajcie
jak się śmieją - obraźliwie.
Jakim
językiem mówią - zrozumiałym na pozór.
A
te ich ceremonie, ceregiele,
wymyślne
obowiązki względem siebie -
wygląda
to na zmowę za plecami ludzkości!
Trudno
nawet przewidzieć, do czego by doszło
gdyby
ich przykład dał się naśladować.
Na
co liczyć by mogły religie, poezje,
o
czym by pamiętano, czego by zaniechano,
kto
by chciał zostać w kręgu.
Miłość
szczęśliwa. Czy to jest konieczne?
Takt
i rozsądek każą milczeć o niej
jako
o skandalu z wysokich sfer Życia.
Wspaniałe
dziatki rodzą się i bez jej pomocy.
Przenigdy
nie zdołałaby zaludnić ziemi,
zdarza
się przecież rzadko.
Niech
ludzie nie znający miłości szczęśliwej
Twierdzą,
że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej.
Z
tą winą lżej im będzie i żyć i umierać.
|