|
Poranek kojota
Spocona kołdra
Mokre czerwienią prześcieradło
Chcę przekazać
Przebudzenie
W ręce słońca
Koguty zapiały trzy razy
Wyparłam się optymizmu
Poranna szklanka herbaty
Chleb z makiem
Zasiany pod lodówką
Jeszcze stos kaset do przesłuchania
Przeczytać resztę sensowności
Gęsta mgła mistyki
Unosi się nad świecą
Wypite haustem powietrze
Mój poranek dobiega końca
Szybciej niż zdążę się
Obudzić
***
Rzeźbię siebie
Ciało miednice wystające kości
Każde żebro i obojczyk
Piersi łopatki krew
Serce oczy morskopowietrzne
Rzeźbie siebie z błota
Wkraczam w głąb
Ziemi
Gdzie sam ogień
Rzeźbi mnie wiatr
Gdy dłuta myśli przepłyną
W nieskończoność
Tysiąca tych samych poranków
***
Siedzimy we trójkę
Herbata kawa corn flakes
My
Ruszamy ustami
Telewizor kwiczy
Oczy ścian wpatrzone
W pustkę
Siweczarneblond
My
Starzy ludzie
Przemilczamy wieczór
Przemilczamy resztę dnia
Czasem odwiedzamy groby
Patrzymy w niebo
Wracamy
Przed snem
Zabijamy muchy
***
zawsze zostaje sterta płyt
których nie ma gdzie i jak
przesłuchać
mówią że to nie ważne
zostaje sterta brudnych ubrań
kubek z wypitą herbatą
resztki na talerzu
podobno
zawsze zostaje coś więcej
niż odbity na plecach fotel
ja mam przestrzeń
poza sobą
przed
puste pole
do popisu
"Autoportret"
włosy szopa rozwalone
nie czesane od tak dawna
że nie pamięta nikt
brwi krzaczaste
rzęsy długie trzciny tataraku
pod stawem źrenic
błękitnym przełzawionym
rosa na policzkach
jak na porannych liściach babki
palce długie a na każdym
pierścień zaklęty
oto portret mój
nie farbami malowany
portret pewnej czarownicy
glany noszę od lat te same
roztaczam blask w koło
i woń
alkoholu
jestem koczownikiem
ostatnim na ziemi
zostaną po mnie
okruchy ciała
dźwięki pisane gałęziami
drzew
ciche szlochy
popołudniowego słońca
niebiesko matowe kule
pod rzęsami
"ciało"
nie dbam o siebie
przyznaje
nie czesze włosów
maluję rzęsy
moja powierzchowność
stare glany o zapomnianym kolorze
oczy jak niebo
nieobecne spojrzenie
rzęsy jak kłącze tataraku
przenoszona ta skóra
zszarzała
marszczy się
łuszczeje
moja człowiekowatość
wszystko co we mnie ohydne
***
znalazłam siebie
miejsce
wiem kim jestem
gdzie mam iść i po co
widzę twarz
czuje dotyk
oddech
usta
skórę
obok jestsąbędzie
przestrzeń pełna
osobliwości
jestem pseudotwórcą
schizofrenicznych snów
***
przyjdź teraz jak światło
po upojnej nocy
czysty pomruk nadziei
wbij wzrok głęboko
życie to sterta barw
sterta cząstek
czuję się jak głupi but
za często glany noszę
aż stałam się jednym z nich
różowym
z szczelnie zasznurowanymi
myślami
***
właśnie wróciłam
źle nie chcę tu być
ciało ubrałam
zmechaconą szmatę
ledwo zszyte blizny
oczy przestały się zamykać
nie ma wyjścia
gdy chce się być
człowiekiem
wolę swoje białe muszle
w których można
ucichnąć
***
patrzę na kamień różowy
on na mnie zerka
niepewnie
to go wkładam do oka
w drugim mam sigil
bo w drugim to w ogóle ktoś mieszka
nie rozmawiamy
to nie znam
***
jestem
farbą na szkle
powietrza
"Przed. Na. Po."
zielona wysokozmineralizowana
otwarta kaseta folk
talerzyk na ogryzki
ręka na ręce
złożona w mudre
jak małe gniazdo
dla myśli
twarde biurko wysokogatunkowe drewno
łóżko podłoga szafa
[wyrzekam się
wyrzekam się was
słychać głos]
noga w nogę spleciona
oczy
usta
obrazek ciała
jakaś w powietrzu szwedzka muzyka
jestem pomarańczowa
jak kwiat
nasturcji
***
Oczyszczenie. Defloracja umysłu.
Wypuszczenie na wierzch
Rybich języków.
Wykwity wrzosów na skórze
Skóra płachtą rzuconą
W niebo.
Rozklejanie kawałków siebie
Do rytmu oddechu
Między ustami a
Moim warkoczem
Gwiezdnym.
Przestrzeń. Wyfruwa
Pomarańczowy ptak.
Bez formy
Ze skorupką na oczach.
***
unoszę się jak lilia na jeziorze
tak rozległa dłoń sięga
w bezwymiar
czyli spadek ciśnienia
wyższe Mount Everest ode mnie
o centymetr
pogrążanie się w niebycie
bycie
przebycie
odbycie
zbycie
odcinanie sznurków od rąk i nóg
trepanacja czaszki
otwarcie w afekcie
umysłu
gęsta maź rzeczywistości
rozpływa się
w palcach
" ja i moja choroba"
mówią na mnie zboczeniec
chory człowiek
gdy pinezką przekłuwam naprężoną
skórę
jeżdżę nożem po
palcach
tnę opuszki jak ogórki
na plasterki
masochistką jestem
kocham ból
aż zapadam się w ściany
gdy rozkosz noża
między udami
rozszczepia mnie na kawałki
"nadszedł czas"
nadeszła upragniona chwila
lasy niebieskie
za oknem
plecy ludzi
o boże boże
idzie baba-czołgistka
zabije mnie jednym
muśnięciem cycka
schowam się
w radiu głupia piosenka
latarnie próbują dogasać
cisza wbija się w oczy
kłuje strach
serce wali jak młot
ręce drżą
brzozy jakby nigdy nic
tańczą sambę
księżyc
stoimy przed twoim domem
nie patrzysz mi w oczy
patrzysz w słońce
co jak baletnica
skacze między nami
noc kiedy się skończyła
nienawidzę ptaków
mówię dużymi literami
piszę smutkiem
główki ptaków zaśmiecają
mój ogródek
w nim sucha ziemia
podleje ją jutro
nie ma jutra
nie mam dla kogo
się odchudzać
malować paznokci
więc nie znormalnieje
wcale mi nie przykro
chciałabym być żydem
nie mam nic do stracenia
ave Jahve
ave Jahve
dla odmiany zapuszczę włosy
na stopach
jak mamut
coś kłuje mnie
w piersi
skończyłam
|