Natalia Stala

Wiersze

 

Poranek kojota

 


Spocona kołdra
Mokre czerwienią prześcieradło

Chcę przekazać
Przebudzenie
W ręce słońca

Koguty zapiały trzy razy
Wyparłam się optymizmu

Poranna szklanka herbaty
Chleb z makiem
Zasiany pod lodówką

Jeszcze stos kaset do przesłuchania
Przeczytać resztę sensowności
Gęsta mgła mistyki
Unosi się nad świecą

Wypite haustem powietrze
Mój poranek dobiega końca
Szybciej niż zdążę się
Obudzić 


***



Rzeźbię siebie
Ciało miednice wystające kości
Każde żebro i obojczyk
Piersi łopatki krew
Serce oczy morskopowietrzne

Rzeźbie siebie z błota
Wkraczam w głąb
Ziemi
Gdzie sam ogień

Rzeźbi mnie wiatr
Gdy dłuta myśli przepłyną
W nieskończoność
Tysiąca tych samych poranków



***

Siedzimy we trójkę
Herbata kawa corn flakes
My
Ruszamy ustami

Telewizor kwiczy
Oczy ścian wpatrzone
W pustkę

Siweczarneblond
My
Starzy ludzie
Przemilczamy wieczór
Przemilczamy resztę dnia

Czasem odwiedzamy groby
Patrzymy w niebo

Wracamy
Przed snem
Zabijamy muchy

***


zawsze zostaje sterta płyt
których nie ma gdzie i jak
przesłuchać
mówią że to nie ważne

zostaje sterta brudnych ubrań
kubek z wypitą herbatą
resztki na talerzu

podobno
zawsze zostaje coś więcej
niż odbity na plecach fotel
ja mam przestrzeń
poza sobą

przed
puste pole
do popisu




"Autoportret"
włosy szopa rozwalone
nie czesane od tak dawna
że nie pamięta nikt
brwi krzaczaste
rzęsy długie trzciny tataraku
pod stawem źrenic
błękitnym przełzawionym 
rosa na policzkach
jak na porannych liściach babki
palce długie a na każdym 
pierścień zaklęty
oto portret mój
nie farbami malowany
portret pewnej czarownicy
glany noszę od lat te same
roztaczam blask w koło 
i woń 
alkoholu

 



jestem koczownikiem
ostatnim na ziemi

zostaną po mnie
okruchy ciała

dźwięki pisane gałęziami 
drzew

ciche szlochy
popołudniowego słońca

niebiesko matowe kule
pod rzęsami





"ciało"

nie dbam o siebie
przyznaje

nie czesze włosów
maluję rzęsy

moja powierzchowność
stare glany o zapomnianym kolorze
oczy jak niebo
nieobecne spojrzenie
rzęsy jak kłącze tataraku

przenoszona ta skóra
zszarzała 
marszczy się
łuszczeje 

moja człowiekowatość
wszystko co we mnie ohydne

*** 



znalazłam siebie
miejsce
wiem kim jestem
gdzie mam iść i po co

widzę twarz
czuje dotyk
oddech
usta
skórę

obok jestsąbędzie

przestrzeń pełna
osobliwości

jestem pseudotwórcą
schizofrenicznych snów




*** 

przyjdź teraz jak światło
po upojnej nocy
czysty pomruk nadziei

wbij wzrok głęboko

życie to sterta barw
sterta cząstek

czuję się jak głupi but

za często glany noszę
aż stałam się jednym z nich
różowym
z szczelnie zasznurowanymi
myślami

*** 


właśnie wróciłam
źle nie chcę tu być


ciało ubrałam
zmechaconą szmatę
ledwo zszyte blizny
oczy przestały się zamykać

nie ma wyjścia 
gdy chce się być
człowiekiem

wolę swoje białe muszle
w których można
ucichnąć



***

patrzę na kamień różowy
on na mnie zerka
niepewnie
to go wkładam do oka

w drugim mam sigil
bo w drugim to w ogóle ktoś mieszka

nie rozmawiamy
to nie znam


*** 



jestem
farbą na szkle
powietrza


"Przed. Na. Po."

zielona wysokozmineralizowana
otwarta kaseta folk
talerzyk na ogryzki

ręka na ręce
złożona w mudre 
jak małe gniazdo
dla myśli

twarde biurko wysokogatunkowe drewno
łóżko podłoga szafa

[wyrzekam się
wyrzekam się was
słychać głos]


noga w nogę spleciona
oczy
usta
obrazek ciała

jakaś w powietrzu szwedzka muzyka


jestem pomarańczowa
jak kwiat
nasturcji

*** 



Oczyszczenie. Defloracja umysłu.
Wypuszczenie na wierzch 
Rybich języków.

Wykwity wrzosów na skórze
Skóra płachtą rzuconą
W niebo.

Rozklejanie kawałków siebie
Do rytmu oddechu
Między ustami a 
Moim warkoczem 
Gwiezdnym.

Przestrzeń. Wyfruwa
Pomarańczowy ptak.

Bez formy
Ze skorupką na oczach.




*** 

unoszę się jak lilia na jeziorze
tak rozległa dłoń sięga
w bezwymiar
czyli spadek ciśnienia
wyższe Mount Everest ode mnie
o centymetr

pogrążanie się w niebycie
bycie
przebycie
odbycie
zbycie

odcinanie sznurków od rąk i nóg
trepanacja czaszki

otwarcie w afekcie
umysłu



gęsta maź rzeczywistości
rozpływa się
w palcach



" ja i moja choroba"


mówią na mnie zboczeniec
chory człowiek
gdy pinezką przekłuwam naprężoną 
skórę

jeżdżę nożem po
palcach

tnę opuszki jak ogórki
na plasterki

masochistką jestem
kocham ból
aż zapadam się w ściany

gdy rozkosz noża
między udami
rozszczepia mnie na kawałki 






"nadszedł czas"

nadeszła upragniona chwila

lasy niebieskie
za oknem 
plecy ludzi

o boże boże
idzie baba-czołgistka
zabije mnie jednym
muśnięciem cycka

schowam się

w radiu głupia piosenka
latarnie próbują dogasać
cisza wbija się w oczy
kłuje strach
serce wali jak młot
ręce drżą

brzozy jakby nigdy nic
tańczą sambę

księżyc

stoimy przed twoim domem
nie patrzysz mi w oczy
patrzysz w słońce 
co jak baletnica
skacze między nami

noc kiedy się skończyła

 


nienawidzę ptaków
mówię dużymi literami
piszę smutkiem
główki ptaków zaśmiecają
mój ogródek
w nim sucha ziemia
podleje ją jutro

nie ma jutra



nie mam dla kogo
się odchudzać
malować paznokci
więc nie znormalnieje
wcale mi nie przykro

chciałabym być żydem
nie mam nic do stracenia
ave Jahve
ave Jahve

dla odmiany zapuszczę włosy
na stopach
jak mamut
coś kłuje mnie 
w piersi

 



skończyłam

 KU STRONOM STRYCHOWYM